Menu
Wstąp do związku Kim jesteśmy? Wspieraj związek Napisz do nas

Kto jest wrogiem ludzi pracy?

  • Dział: Polityka

Neoliberalny rząd próbuje wprowadzić zmiany w ustawie o związkach zawodowych, proponując między innymi podwyższenie progu ich reprezentatywności. Okazuje się, że w walce ze związkami zawodowymi najlepszymi sojusznikami neoliberałów są... główne centrale związkowe.


Biurokraci z OPZZ i NSZZ "Solidarność" pokazują, że nie straszny im sojusz z kapitalistami, byle tylko pozbyć się konkurencji oraz utrzymać wygodne posady. "Odpowiedzialni" związkowcy nie pierwszy raz działają na niekorzyść ludzi pracy.

Rząd w swojej kampanii propagandowej zastosował znany jeszcze z PRLu wybieg. Przeciwstawienie grup "odpowiedzialnych", z którymi władza chce rozmawiać, "ekstremistom otumaniającym pracowników". Neoliberalne media takie jak "Gazeta Wyborcza" ogłosiły już przyszłe zwycięstwo nad niebezpiecznymi populistami i chwaliły umiarkowaną postawę głównych central.

Ilość przechodzi w jakość?
Przedstawiciele OPZZ czy "Solidarności" nie tracą jednak dobrego samopoczucia. Przewodniczący "S" Janusz Śniadek odmawia jasnej deklaracji w sprawie proponowanych przez władze zmian. Można jednak wywnioskować, że je poprze. Bardziej szczerzy są biurokraci z OPZZ.

Sekretarz prasowy tej centrali Grzegorz Ilka wprost przyznaje, że związek który reprezentuje popiera podwyższenie progu reprezentatywności.

Wśród dyżurnych związkowców zadowolenie budzi perspektywa pozbycia się konkurencji. Będą mogli jeszcze bardziej umocnić swoją hegemonie i wiarygodność, podpieraną danymi o setkach tysięcy członków. Może jednak rzeczywiście daje im to monopol na reprezentację środowisk pracowniczych?

Nic bardziej mylnego. Po pierwsze liczba osób zapisanych do związków nie jest zwykle wyznacznikiem ich aktywności. Czasami główne centrale zapisują pracowników do swoich struktur zakładowych niejako z urzędu, na przykład gdy do danego związku należy brygadzista często deklaracje członkowskie wypełniają również jego podwładni. Dotyczy to zwłaszcza organizacji należących do OPZZ, gdzie znaczny jest udział pracowników średniego szczebla kierowniczego.

Trudno oczekiwać od ludzi, którzy w ten sposób trafiają do organizacji aktywności i zaangażowania w jej działania. W większości przypadków jest to zresztą zbędne. Liczy się to aby związek mógł być reprezentatywny oraz posiadać swoich biurokratów opłacanych przez dyrekcję zakładu. Zdarzają się przypadki, że organizacja taka nie ma własnego transparentu, ani nawet tablicy informacyjnej. Po co jej zresztą takie drobnostki?

Co ciekawe wykorzystywany przeciwko związkom zawodowym przez neoliberałów argument o znacznych pensjach funkcyjnych działaczy dotyczy przede wszystkim głównych central.

Największe związki zawodowe podejmują wprawdzie pewne działania mające stanowić nową jakość i odejście od rutyny, takie jak próby organizowania pracowników firm prywatnych. Pomimo tego są one jedynie kroplą w morzu potrzeb. Pewne lokalne sukcesy odniosła "Solidarność", zakładając swoje struktury w kilku supermarketach. W porównaniu do możliwości tego związku jest to jednak bardzo mało.

Konfederacja Pracy, założony w 1999 roku związek mający działać w ramach OPZZ także miał być szansą na rozwinięcie ruchu pracowniczego. Dziś, po 10 latach, można powiedzieć, że raczej nie odniósł sukcesu. Pomimo szumnych zapowiedzi zrzesza około 6 tysięcy osób. Można go zaliczyć do organizacji małych i niezbyt aktywnych. Tym bardziej dziwi stanowisko Grzegorza Ilki, który niegdyś zaangażowany w tworzenie Konfederacji Pracy, obecnie wspiera podwyższenie progu reprezentatywności, uderzające przede wszystkim w takie niewielkie organizacje pracownicze.

Pokazem skuteczności głównych central związkowych była zeszłoroczna walka o zasady przyznawania wcześniejszych emerytur. OPZZ i "Solidarność" zapowiadały masowe protesty. Niewielkie akcje protestacyjne pokazały jednak jak niewiele liczba członków ma wspólnego z działalnością organizacji pracowniczej. Mimo, że zorganizowane przez główne centrale zostały w większości przeprowadzone nieprofesjonalnie, bez przygotowania merytorycznego. Okazały się także stosunkowo nieliczne, a wypowiadający się działacze raczej przepraszali wszystkich, za protesty niż przedstawiali swoje racje. Efekt był łatwy do przewidzenia. Rząd nie przestraszył się tak przygotowanych "masowych" protestów, a neoliberalne media je wyśmiały.

OPZZ popisał się przy okazji tej walki również swoiście rozumianą niezależnością polityczną. Związkowi posłowie z klubu tzw. "lewicy" uzyskali możliwość niegłosowania za niekorzystnymi dla pracowników zmianami. Był to wielki sukces tej centrali. Członkowie związków branżowych otrzymali informację, że liderzy OPZZ są rzeczywiście bardzo niezależni i bezkompromisowi, oczywiście nie na tyle aby wystąpić z klubu popierającego ataki na pracowników, to przecież byłaby już przesada i niepotrzebny radykalizm.

Zmiany zostały zatwierdzone i od początku 2009 roku około 750 tysięcy osób straciło prawo do wcześniejszej emerytury. W Europie Zachodniej, na której Polska tak chętnie się wzoruje, nawet ugodowe związki uznałyby coś podobnego za powód do zwołania dużych, wielotysięcznych demonstracji. Nie było nam jednak dane ujrzeć w Warszawie kilkuset czy chociaż kilkudziesięciu tysięcy spośród owych mitycznych członków "reprezentatywnych" central.

Polityka ugody
Główne związki zawodowe argumentują często, że podwyższenie progu reprezentatywności pozwoli na usprawnienie procesu negocjacji i konsultacji z rządem oraz kapitalistami. Trudno nie zgodzić się z tą argumentacją. Problem jednak w tym, że zwykle łatwiejsze negocjowanie oznacza dla głównych central pójście na znaczne ustępstwa wobec pracodawców. Przykładów nie trzeba szukać daleko. Warszawskie zakłady FSO zostały zniszczone przy wydatnym współudziale biurokratów związkowych, którzy godzili się na kolejne redukcje. Dopiero wówczas, gdy okazało się, że redukcje doprowadzą praktycznie do likwidacji fabryki zdobyli się na zorganizowanie kilku rozpaczliwych protestów. Podczas jednego z nich przewodniczący Związku Zawodowego Inżynierów i Techników, zrzeszonego w Forum Związków Zawodowych, trzeciej "reprezentatywnej" centrali, nie umiał nawet lub nie chciał zabrać głosu, co daje pojęcie o poziomie prezentowanym przez związkowych funkcjonariuszy.

Inny przykład to poznańskie zakłady Cegielskiego, gdzie główne związki zawodowe "rozumiejąc sytuację pracodawcy", bez mrugnięcia zgodziły się na zmniejszenie pensji do 65 proc. dotychczasowego stanu.

Często dwie główne centrale przeszkadzały wręcz w protestach pracowniczych. Fala strajkowa w latach 2002-2003 miała miejsce wbrew ich stanowisku. W różnych zakładach, jak na przykład w Fabryce Kabli Ożarów działające tam wcześniej struktury dużych związków pozostały bierne, lub wręcz przeszkadzały w protestach. Ludzie którzy wcześniej płacili składki członkowskie, należąc do "poważnych" organizacji, nie otrzymali żadnej pomocy od OPZZ i symboliczną od NSZZ "S".

Politykę pozbawiania mniejszych organizacji związkowych jakichkolwiek szans na zdobycie w zakładach czy branżach reprezentatywności można więc zrozumieć miedzy innymi jako chęć eliminacji konkurencji wytykającej biurokratom nieskuteczność oraz działania wbrew interesom pracowników.

Argumenty rządu też bardzo łatwo w tym przypadku przejrzeć. Premierowi nie przeszkadzało podczas debaty o polskich stoczniach, że spotyka się z przedstawicielami małych związków zawodowych, które akurat w tej branży wykazywały się ugodowością. Dziś działa na rzecz ich eliminacji, gdy wymaga tego interes kapitalistów, mając za sojuszników główne centrale.

Mały może więcej
W trakcie debaty nad kwestia reprezentatywności padł również argument o tym iż małe organizacje to przede wszystkim związki prezesowskie, czyli tzw. "żółte", zakładane przez dyrekcję w celu sabotowania ruchu pracowniczego. Rzeczywiście zdarzają się różne przypadki, w tym również takie. Często jednak to związki "reprezentatywne" spełniają rolę żółtych. Tak było we wspomnianych przypadkach ich "efektywnych" działań w FSO czy Cegielskim i wielu innych.

Dyrekcji bardziej zresztą opłaca się wywierać wpływ na biurokracje z dużych central, ponieważ jest ona bardziej oddzielona od zwykłych członków związku. W organizacjach takich panuje również o wiele ostrzejsza hierarchia, a korzystanie przez ich czołowych działaczy z pomocy kierownictwa przy organizacji różnorodnych wyjazdów czy imprez związkowych jest dodatkowym czynnikiem korupcjogennym. Duże organizacje mocno pracują też na wizerunek "odpowiedzialnych", stąd grożenie masowymi protestami kończy się w ich przypadku na groźbach, które po pewnym czasie już tylko śmieszą.

Dlaczego mały związek w sprzyjających okolicznościach może zdziałać więcej? Po pierwsze zwykle nie jest obciążony całą biurokratyczną nadbudową – centralą, federacjami, itp. Oznacza to, że liderzy zwykle muszą być bliżej szeregowych pracowników. Po drugie mały związek musi dbać o należących dla niego ludzi.

Rezygnacja z obrony ich interesów oznaczałaby dla takiej organizacji koniec. Duży związek może sobie nawet pozwolić, w imię unikania ostrzejszych konfliktów z dyrekcją, na stratę kilkunastu czy kilkudziesięciu członków, a nawet całych komisji zakładowych. Jeśli odejście członków zagrozi utratą reprezentatywności zawsze może przecież w sztuczny sposób odbudować swoje szeregi na przykład zapisując martwe dusze.

Mały związek, jeśli chce się rozwijać jest wręcz skazany na starcie z dyrekcją. Jak pokazał przykład zakładów Cegielskiego w Poznaniu i działań komisji zakładowej OZZ IP, organizacja nie musi mieć wielu członków aby reprezentować znaczną część, jeśli nie większość załogi. Przewodniczący OZZ IP Marcel Szary otrzymał 72 procentowe poparcie wśród pracowników wybierających swojego przedstawiciela do pracy w Zarządzie, deklasując liderów "poważnych", dużych na papierze związków zawodowych.

W wielu innych przypadkach mniejsze związki prowadziły walki, których nie chciały podjąć się większe centrale. Było tak podczas fali strajków z lat 2002-2003. Mniejsze organizacje popierali wówczas pracownicy niezrzeszeni, a nawet ci należący do "Solidarności" lub związków branżowych.

Podwyższenie progu reprezentatywności jest więc zabezpieczeniem się przed takimi wydarzeniami w przyszłości. Tam gdzie organizacje spoza głównych central są reprezentatywne w skali zakładu, balansują zwykle na progu tej reprezentatywności. Pozbawienie ich tych uprawnień będzie więc pretekstem do dalszych represji oraz działań "żółtych" związków zawodowych na rzecz ich rozbicia.

Precz ze związkową biurokracją!
Czy zmiany prawne dotyczące związków zawodowych są potrzebne? Tak, ale na pewno nie takie jak proponuje rząd popierany przez "S" i OPZZ.

Przede wszystkim należałoby ograniczyć związkową biurokrację, a zwłaszcza jej pensje. Powinny one zostać zrównane z pensjami zwykłych pracowników w zakładzie. Należy również zakazać przyjmowania przez związki wsparcia od dyrekcji w postaci dofinansowywania przejazdów czy udziału w różnych uroczystościach. Pieniądze ze składek członkowskich powinny natomiast być przeznaczane przede wszystkim na bieżącą działalność organizacji.

Otwiera się tu również pole do działania dla organizacji całkowicie rezygnujących z biurokracji w postaci funkcyjnych pracowników. Na razie jedynymi związkami tego typu są OZZ IP i mniejszy Związek Syndykalistów Polskich. Przed organizacjami tymi stoi wyzwanie dotarcia do ludzi pracy ze swoim przekazem. Nie ma co oczekiwać, że staną się one masowe, ale należy pamiętać, iż masowość nie jest celem samym w sobie. Potrzeba nam małych, ale bojowych organizacji, umiejących za sobą współpracować w momencie konfliktów społecznych.

Potrzebna jest również kampania informująca, że Jan Guz czy Janusz Śniadek, mimo propracowniczej retoryki są w rzeczywistości politykami stojącymi po przeciwnej niż ludzie pracy stronie barykady, a wszelkie próby skierowania biurokratycznych molochów na pozycje bardziej ideowe są skazane na niepowodzenie. Polityka OPZZ i "Solidarności" prowadzi do zniszczenia nie tylko mniejszych organizacji, ale po pewnym czasie uderzy również w "umiarkowanych" związkowców. Fakt, że godzą się oni wciąż na nowe ustępstwa nie jest bowiem wyrazem odpowiedzialności, a przejawem słabości, którą rząd i elity ekonomiczne będą się starały wykorzystywać.

Piotr Ciszewski


Ten adres pocztowy jest chroniony przed spamowaniem. Aby go zobaczyć, konieczne jest włączenie w przeglądarce obsługi JavaScript." mce_href="mailto:Ten adres pocztowy jest chroniony przed spamowaniem. Aby go zobaczyć, konieczne jest włączenie w przeglądarce obsługi JavaScript.">

Podobne artykuły