Menu
Wstąp do związku Kim jesteśmy? Wspieraj związek Napisz do nas

Chile przeciwko neoliberalizmowi

"Nie chodzi o 30 pesos, ale o 30 lat. Pinera won!" - transparent organizacji Klasowa Centrala Pracownicza "Nie chodzi o 30 pesos, ale o 30 lat. Pinera won!" - transparent organizacji Klasowa Centrala Pracownicza

Gdy na początku października tego roku ultraprawicowy i neoliberalny miliarder-prezydent Chile Sebastián Piñera z dumą oświadczył, że na tle targanej niepokojami społecznymi Ameryki Łacińskiej rządzony przez niego kraj „jest prawdziwą oazą”, nikt nie spodziewał się, że zaledwie kilkanaście dni później wybuchną największe protesty społeczne w historii tego kraju.

Wszystko zaczęło się od drobnej podwyżki cen biletów na przejazd metrem w stolicy Chile, Santiago: ceny wzrosły o 30 pesos (ok. 15 groszy). Niezadowolona z kolejnej podwyżki młodzież rozpoczęła masowe akcje jazdy na gapę połączone z organizowaniem wieców na stacjach metra i demonstracyjnym przeskakiwaniem bramek. Protestowali nie bezpośrednio w swoim interesie — uczniów i studentów podwyżka miała ominąć — lecz w imieniu swoich rodziców i klasy pracującej. Koszty przejazdu chilijskim metrem, najważniejszym stołecznym środkiem transportu, są bowiem jedne z najdroższych na świecie. Chilijski pracownik, który zarabia pensję minimalną musi przeznaczać na podróż do i z pracy niemal 14% swojego wynagrodzenia. Ta zaś wynosi jedynie 424 dolary, przy czym Chile to kraj o horrendalnie wysokich kosztach życia, niskich zarobkach i ogromnych nierównościach społecznych.

Na studenckie protesty władza odpowiedziała przemocą policyjną — mundurowi zaczęli rozpylać gaz na stacjach metra, pałować nastolatków i w końcu strzelać do nich ze śrutu. 18 października nastąpiła eskalacja policyjnej przemocy i odpowiedź protestujących: demolowanie bramek metra, blokady i podpalenia stacji (choć dziś wiadomo, że za część podpaleń i wiele innych prowokacji odpowiada sama policja dążąca do eskalacji konfliktu). W ciągu jednej chwili, na wieść o brutalnej reakcji rządu na cieszące się społecznym poparciem manifestacje młodzieży na ulice wyszły setki tysięcy Chilijczyków. W stolicy doszło do gwałtownych zamieszek i całkowitego paraliżu komunikacji miejskiej, wznoszono barykady. Zapanowała spontaniczna, społeczna rebelia.

Natychmiastową odpowiedzią Piñery było ogłoszenie stanu wyjątkowego, wysłanie wojska na ulice oraz godzina policyjna — początkowo tylko w Santiago, a następnie w niemal całym kraju. To pierwszy raz, gdy zastosowano takie środki represji od momentu zakończenia militarnej dyktatury (w latach 1973-1990 władze sprawowała prawicowa wojskowa junta pod przywództwem Augusto Pinocheta). Obrazy żywcem wyjęte z bolesnej i wciąż nie do końca rozliczonej przeszłości — pojazdy pancerne, uzbrojeni po zęby żołnierze okupujący centrum miasta — jedynie rozwścieczyły społeczeństwo. Chilijczycy, zamiast rozejść się do domów, wyszli jeszcze liczniej na ulice a demonstracje przybierały na gwałtowności. Zamieszki trwały całe noce mimo godziny policyjnej. “Okradli nas ze wszystkie — także ze strachu” tłumaczyli manifestanci. Koszmary dyktatury jednak powróciły: wojsko wielokrotnie otwierało ogień do ludzi (z ostrej amunicji i ze śrutu), zginęło kilkanaście osób, odnotowano „zatrzymanych-zaginionych” (osoby aresztowane przez mundurowych, po których zniknął ślad – praktyka, która była na masową skalę stosowana podczas dyktatury Pinocheta), odnotowano liczne przypadki tortur i przemocy wobec nieletnich.

25 października odbyła się historyczna manifestacja: po raz pierwszy na ulice samej stolicy wyszło ponad milion obywateli i obywatelek. Ostatecznie prezydent wycofał stan wyjątkowy. Jednak masowe manifestacje i represje trwają nieprzerwanie (w chwili pisania tekstu mija trzeci tydzień protestów).

Na ulice całego Chile nie wyprowadziły jedynie groszowe podwyżki cen biletów. To była jedynie kropla, która przelała czarę goryczy. Bowiem „nie chodzi o 30 pesos — chodzi o 30 lat” jak podkreślają Chilijczycy. Trzydzieści lat temu, przywrócona została demokracja wywołując nadzieję na lepsze życie, podstawową sprawiedliwość społeczną i godność. Chilijki i Chilijczycy szybko rozczarowali się jednak pozorną zmianą — zachowano pinochetowską konstytucję, utrzymano ultraneoliberalny system ekonomiczny, pogłębiono prywatyzacje wszelkich możliwych usług publicznych i zasobów naturalnych. Położenie klasy pracującej praktycznie się nie zmieniło.

Dlatego niektórzy wolą stwierdzić, że nie chodzi o 30 lat, lecz o 46 lat! 11 września 1973 roku wojsko pod dowództwem gen. Augusto Pinocheta przeprowadziło sfinansowany i inspirowany przez Stany Zjednoczone zamach stanu, obalając lewicowy rząd Salvadora Allende i wprowadzając po raz pierwszy na świecie skrajnie neoliberalny model ekonomiczny. Prywatyzowano wszystko: edukację, służbę zdrowia, system emerytalny (polskie OFE to bezpośrednia kopia chilijskiego modelu). Nieliczni się bogacili, podczas gdy reszta społeczeństwa popadała w nędze. Mimo to czasy brutalnej dyktatury przedstawiano jako „cud gospodarczy”. Do dziś medialny przekaz przedstawiał kraj jako najszybciej rozwijający się i najbogatszy na całym kontynencie wskazując jedynie na wskaźniki PKB. Skrzętnie pomijano, że 55 procent krajowych dochodów trafia do jedynie 10 procent społeczeństwa, sprawiając, że Chile jest krajem o jednym z najwyższych wskaźników nierówności społecznych spośród państw OECD.

Chilijczycy walczą o reformy od lat: żądają państwowych emerytur, darmowej edukacji, nacjonalizacji zasobów naturalnych (Chile to jedyny kraj na świecie, który sprywatyzował wodę), obniżenia pensji parlamentarzystów (obecnie wynosi ona 33-krotność płacy minimalnej), skrócenia czasu pracy (obowiązuje 45-godzinny tydzień pracy), prawa rdzennych mieszkańców do samostanowienia, powstrzymania destrukcji natury. To postulaty obecnego „chilijskiego powstania”. Jednym słowem jest to żądanie odrzucenia neoliberalnego modelu państwa. Jednak by możliwe były jakiekolwiek zmiany, trzeba zrealizować podstawowy postulat manifestantów, które brzmi „nowa konstytucja!”. To ona bowiem, ustanowiona w czasach dyktatury pod dyktando autorytarnych, neoliberalnych elit konserwuje zastany porządek społeczno-ekonomiczny. Chilijczycy żądają zgromadzenia konstytucyjnego, podczas którego to społeczeństwo miałoby zdecydować o treści nowej ustawy zasadniczej.

Związki zawodowe biorą udział w społecznym zrywie od samego początku. Szczególnie aktywni są pracownicy portów morskich oraz kopalń. Strajki jednak podejmują liczne branże — pracownicy służby zdrowia, transportowcy, taksówkarze itd. Odbyły się już dwa strajki generalne, zapowiadane są kolejne.

Trudno obecnie mówić o jakimkolwiek przywództwie protestów — takiego po prostu nie ma. Ruch jest zorganizowany spontanicznie i oddolnie. Odcina się od wszelkich establishmentowych partii politycznych. Ton starają się nadawać oddolne, ludowe organizacje społeczne, związkowe, lokatorskie, lewicowe. W trzecim tygodniu buntu jedno jest tylko pewne — społeczeństwo chilijskie wybudziło się z neoliberalnego koszmaru i nie zamierza prędko spocząć w walce o lepsze i godne życie. Jak głosi jedno z haseł: “neoliberalizm narodził się w Chile i tutaj umrze”.

Aktualizacja: Za plecami ruchu społecznego niemal cała parlamentarna opozycja podpisała porozumienie z rządzącą koalicją dotyczącą plebiscytu w sprawie nowej konstytucji. Pakt parlamentarny zakłada rozpisanie referendum na wiosnę 2020 roku, wówczas obywatele i obywatelki Chile zdecydują czy chcą nowej ustawy zasadniczej a jeśli tak to jakie ciało ma ją napisać. Możliwości są dwie: albo zgromadzenie składające się wyłącznie z delegatów społecznych albo ciało składające się po połowie z parlamentarzystów i delegatów. Ci zaś zostaną wybrani w powszechnym głosowaniu na jesieni 2020 roku.

Ruch społeczny potępił działania opozycji. Już samo paktowanie i porozumienie z rządem odpowiedzialnym za systematyczne łamanie praw człowieka zostało uznane za legitymizację gabinetu Sebastiana Piñery. Tymczasem główny postulat to jego natychmiastowa dymisja. Po drugie, terminy dotyczące referendum uznano za zbyt odległe, co ma sprawić, że żądania społeczne do czasu rozpisywania nowej konstytucji zostaną stępione. Po trzecie, wprowadzenie w życie nowej konstytucji będzie obwarowane różnymi warunkami (m.in. będzie musiało ją przegłosować ⅔ parlamentarzystów i parlamentarzystek). Społeczeństwo walczy więc dalej - z dala od establishmentowych partii politycznych za to ramię w ramię ze związkami zawodowymi, ruchami lokatorskimi, kobiecymi, niezależną lewicą.

Jeremi Galdamez / Warszawska Komisja Środowiskowa

Powrót na górę