Menu
Wstąp do związku Kim jesteśmy? Wspieraj związek Napisz do nas

Spóźnione wypłaty

  • Dział: Walki pracownicze

Raz usłyszałem, jak któryś z kierowników budowy określił nas z pogardą: „godzinowcy”. „Godzinowcy”, bo płaci nam się za czas pracy, a nie jej konkretny efekt. Pogarda na wyrost. Co prawda niewiele się od nas wymaga i niewiele oczekuje po naszej robocie, ale - skoro nas wynajmują - to jesteśmy widać nieodzowni.

Kamienie
W blaszanym pudełku, jak informuje tabliczka na drzwiach, jest miejsce tylko dla ciecia, trzy osoby w stróżówce to już ścisk, przychodzi czwarta: jeden z kierowników budowy.
– Co tu się do cholery wczoraj wyrabiało?! – pyta od drzwi.
Konsternacja, no bo wczoraj, wczoraj nie działo się nic.
– A ten rozpiździel przed biurem, czemu tam leżą kamienie?!? – dalej dopytuje.
– Aaa to! To w sobotę w nocy przyszło pod bramę kilku chłopaków, pokrzyczeli, porzucali kamieniami i poszli – staramy się wytłumaczyć.
Kierownik osłupiał. Nic z tego nie rozumie.
– To już któryś raz. To się ciągle dzieje – mówi cieć – ekipa nie dostaje wypłaty, to przychodzi tu i się awanturuje.
– Jak to nie dostali wypłaty? Przelewy poszły od nas ponad tydzień temu – dziwi się dalej kierownik. Stróż tłumaczy więc spokojnie jak dziecku, że przelewy może i poszły do podwykonawców, ale podwykonawcy nie zapłacili swoim pracownikom.
    Teraz, kiedy wiem na co patrzeć, widzę tych kilka kamieni odkopanych już sprzed wejścia. Rzucane na oślep, z dziką furią, pośród pijanych przekleństw i złorzeczeń budzących okolicznych mieszkańców. Nie czyniąc żadnej szkody, odbiły się od blachy biurowych kontenerów i leżą teraz bezładnie. Kumpel mruga do mnie okiem i pyta – Co, my też tak będziemy rzucać kamieniami?
– Niedoczekanie – odpowiadam.

Fizol
Jest lato 2013 roku. Wskutek emigracji zarobkowej pośród zawodów najbardziej poszukiwanych przez pracodawców na pierwszym miejscu znajduje się pracownik fizyczny wykwalifikowany. Na czwartym miejscu w tym rankingu znowu pracownik fizyczny, tyle że niewykwalifikowany - prosty robol, tak zwany fizol, To między innymi ja na tej budowie. Raz usłyszałem, jak któryś z kierowników określił nas z pogardą: „godzinowcy”. „Godzinowcy”, bo płaci nam się za czas pracy, a nie jej konkretny efekt. Pogarda na wyrost, bo co prawda niewiele się od nas wymaga i niewiele oczekuje po naszej robocie, ale też, skoro nas wynajmują, to jesteśmy widać nieodzowni. Wreszcie, czego mi nikt nie odbierze, czuję, że ja również stawiam te domy. Z kolei robotnicy, nieważne czy wykwalifikowani, czy nie, traktują się równo. Podział tylko taki, co na młodych tj. żółtodziobów i resztę. Jak się kogoś nie zna, tradycyjnie tytułuje majstrem. Słowo majster wywodzi się z niemieckiego Meister, co znaczy tyle, co mistrz. Mistrzowie całymi ekipami przyjeżdżają tu do Poznania z okolicznych wsi i miasteczek.
    Dziesięć złotych za godzinę, godzin dziesięć (w sobotę pięć) wychodzi stówa w dzień powszedni, pięćset pięćdziesiąt tygodniowo, dwa tysiące dwieście miesięcznie, odlicz święta i nie pytaj czy brutto, czy netto. Jak koledzy usłyszeli, że obiecano mi umowę, to wybuchnęli śmiechem. Tu prawie wszyscy pracują bez jakiejkolwiek umowy i co jakiś czas, by zdobyć ubezpieczenie zdrowotne, meldują się w pośredniaku.
    Nie od razu łapię dla kogo właściwie pracuję. Rozmowę kwalifikacyjną miałem w siedzibie jednej firmy, tutaj na budowie słyszę, że niby pracuję dla drugiej, karty pracy podpisują mi zaś brygadziści z trzeciej. Oczywiście oni także mają nad sobą firmę. W tym całym łańcuchu szef okazuje się szefem, bo jest synem szefa i razem właściwie, sytuują się w roli agencji pracy tymczasowej. Na co dzień słucham poleceń kierowników budowy z firmy, która ich wynajmuje i im płaci moje wynagrodzenie. Kiedy spóźniają się z wypłatą, stają się w moich oczach po prostu dłużnikami.

Budowa
Moja budowa to labirynt sześciu czteropiętrowych bloków połączonych podziemnym parkingiem. Będzie z tego strzeżone osiedle. Na folderach reklamowych młodzi rodzice z dzieciakami, kolorowe baloniki, jest ciepło, słonecznie i wszyscy się uśmiechają.
    Na razie, jako że nie podłączono budowy do ogólnej kanalizacji deszczowej, po każdym deszczu parking zamienia się w wielkie podziemne jezioro. Spędzam całe dnie, tydzień po tygodniu nad tym Styksem wypompowując wodę wężami. Samotność do kwadratu, samotność do sześcianu, prostopadłościanu, brył foremnych i wielokątnych. Nie, nie chcę się użalać nad sobą. Opowiadam o tym, co ja tu właściwie robię. Czasem rzuca się nas jako pomoc dla ekip murarskich i nosimy zaprawę, przerzucamy tony żelastwa, desek i cegieł, bo wózki widłowe nie chcą wjeżdżać za głęboko z obawy, by nie przedziurawić opon o gwoździe. Stawiamy i demontujemy barierki BHP, No i przede wszystkim sprzątamy, czy raczej odgruzowujemy. – Tylko mi nie spadnij! – mówi kierownik, kiedy skuwam beton, stojąc na chybotliwych bloczkach tuż nad przepaścią. Sam nie wiem, czy to z powodu troski, by mi się nic nie stało, czy żeby nie przysporzyć mu kłopotów. Prawdopodobnie z obu. Temat BHP wydaje się ograniczać do noszenia kasków i instalacji barierek. Maskę na twarz, by uchronić się przed wszędobylskim pyłem, gdy ciąłem beton, i stopery kupiłem za własne pieniądze w pobliskiej aptece. Co gorsza, inni robotnicy wydają się o to nie dbać i nawet w studni szybu windy, gdzie każdy dźwięk odbija się echem, kilku robotników kuje zapamiętale wiertarkami bez żadnej ochrony.

Strajk
„Strajk! Dziki strajk! Strajk! Gdybyś tylko chciał!” śpiewam sobie pod nosem na melodię piosenki „Szał” Edyty Bartosiewicz przez cały dzień. To już postanowione: jeżeli rano szef nie przybędzie z pieniędzmi, nie przebieramy się w ciuchy robocze i nie wychodzimy na budowę. Tu już nawet nie chodzi o to, że wypłata się spóźnia, choć to też jest irytujące, zwłaszcza, że zarzekał się, że tym razem będzie punktualnie. Mamy rachunki do zapłacenia i dzieci do odchowania. Ale miarka się przebrała, bo szef ściemnia okrutnie: Ma być kasa - nie ma szefa, jest szef - nie ma kasy. Jest obietnica, że za dwa dni, przyjeżdża po trzech na krótko, by coś załatwić. My stoimy na placu budowy, on przejeżdża bez słowa. Następnego dnia wypłacić ma kasę jego stary – cisza. Potem, w piątek informacja, że dostaniemy wypłatę, jak pojedziemy na drugi koniec miasta na inną budowę. Jedziemy, jak się okazuje tylko po to, by zobaczyć, jak dyscyplinarnie zwalnia się kilku młodych za dopalacze. I taka gra w kotka i myszkę przez dziesięć dni.
    Nazajutrz rankiem w kanciapie zaczynamy dzień wyjątkowo od zaparzenia kawy, siadamy wygodnie i paląc ćmiki, czekamy na rozwój wydarzeń. Trochę się boję, ale i jestem podekscytowany. Co to będzie? Ugną się, czy wywalą na zbity pysk? Wreszcie jak zwykle przychodzą kierownicy budowy, by porozdzielać nas między sobą i wyznaczyć zadania. Tłumaczymy im w czym rzecz. Parafrazuję Marcela Szarego, mówimy, że jak pompa nie ma paliwa, to przestaje działać i tyle. Nam każe się pracować bez paliwa. – Aaa, jak problem jest z paliwem, to my zaraz kogoś wyślemy, by kupił – mówią. W końcu niby zrozumieli i współczują, ale jak twierdzą, to nie ich sprawa, a robota zrobiona być musi. Na młodych wystarczyło tylko podnieść głos i zrobić groźną minę. – Tutaj, do mnie ci, co chcą pracować! – huknął kierownik. Wyczuwając groźbę, młodzi pokornie ustawili się w szeregu, a my czekamy dalej. Kierownicy mediują, dzwonią do naszego szefa, ten mówi, że przyjechać nie może, a wypłata będzie jutro. Kto by mu tam ufał?! Uparcie odmawiamy rozpoczęcia pracy, dopóki nie dostaniemy wynagrodzeń. Kierownicy powtarzają nasze stanowisko, potem my sami jeszcze bezpośrednio szefowi przez telefon. W końcu okazało się, że przyjechać jednak może, znalazły się zaległe pensje i z godzinną obsuwą zaczęliśmy robotę. Można? Można!

Ukraińcy
Dołączyło do nas kilku Ukraińców. Są rozczarowani warunkami pracy tutaj, żałują, że w ogóle przyjechali i zazdroszczą mi możliwości wyjazdu na Zachód. Gdy któregoś dnia robię z jednym z nich, ten stopuje mnie co chwilę, mówiąc, żebym się szanował i że nie warto wysilać się za te psie pieniądze. Sam podpatruję tempo pracy u bardziej doświadczonych – wolne, spokojne, jakby z namaszczeniem wykonywane ruchy, tak dla własnego bezpieczeństwa, jak i żeby oszczędzać siły. Są takie dni, przyznaję, gdy mógłbym skitrać się w jakimś kącie na pół dnia i nic nie robić. Znam też tę teorię o „broni słabych” - lenistwa jako formie oporu przed wyzyskiem. Ale też znam, co to radość z solidnie wykonanej pracy, no i długo by mówić, dość, że umarłbym z nudów w ten sposób się obijając. Ukrainiec dał się zdybać przez któregoś z kierowników. Ten beszta go, mieszając go z gównem. Ukrainiec w końcu wybucha. Jego, który przeżył dwie wojny, nikt nie będzie w taki sposób poniewierał! Kierownik później natrząsa się z niego, no bo jak to, on kierownik niedługo na emeryturę przejdzie, a wojny nie widział, a ten tutaj niby dwie wojny przeżył. Nie wiedział, że rozmawia z zawodowym żołnierzem, co to był w Afganistanie i Iraku. Wspominam go teraz często, zastanawiając się, czy czasem nie przyszło mu walczyć teraz we własnym kraju.
    Żałuję, że nie widziałem, jak o swą wypłatę dopominali się Ukraińcy, była z tego ponoć głośna awantura. Ja także, żeby otrzymać ostatnią wypłatę, musiałem przebranżowić się w windykatora. Telefon za telefonem do szefa, na ten numer już nie odbiera to następny, próbuję złapać go w biurze firmy i na budowie. Nerwówka straszna, no bo gdzie tu pewność, że wypłata jeszcze się spóźnia, a nie że mnie oszukali i nie zapłacą wcale. Wreszcie udało się, szef przybył z ponad godzinnym opóźnieniem, no ale jest, ma pieniądze i się zgadzają. – Nie myśl, że ja coś na tym zarabiam. Ja robię to, żebyście wy młodzi mieli pracę – mówi. Jasne, a ja robiłem na budowie, żeby ten tekst do gazety napisać.

Luka

Artykuł ukazał się pierwotnie w 41 numerze Biuletynu Inicjatywa Pracownicza