Strajk to też nasza sprawa. Kobiety, praca reprodukcyjna i walka o wolność strajkową
- Dział: Publicystyka
Kiedy mówimy o strajku, w głowie niejednej osoby pojawia się pewien obraz: robotnicy przed bramą fabryki, transparenty, banery, megafony. Obraz znany i utrwalony w historii ruchu pracowniczego. Dziś coraz częściej zwraca się uwagę, że to również obraz, z którego kobiety były systematycznie wypychane – albo spychane na jego margines, jako towarzyszki walki, nie jej podmiot. Tymczasem skutki represyjnej ustawy o rozwiązywaniu sporów zbiorowych nie są dla nas wszystkich jednakowe, a jedną z grup tracących przez obecne prawo najwięcej, są właśnie kobiety. Czas zacząć mówić to śmielej i częściej: walka o wolność strajkową jest walką feministyczną. I żadna organizacja kobieca, feministyczna, socjalna, nie powinna pozostać wobec niej obojętna.
Prawo, które nie istnieje dla większości
Zanim przejdziemy do kwestii płci, przypomnijmy, z czym mamy do czynienia. Ustawa o rozwiązywaniu sporów zbiorowych z 1991 roku skonstruowana jest w taki sposób, że prawo do strajku istnieje na papierze. W praktyce jest poza zasięgiem części siły roboczej. A grono, dla których strajk pozostaje mrzonką, się poszerza. Zanim dojdzie się do strajku właściwego, prawo wymaga bezpośrednich rokowań z pracodawcą, mediacji, sporządzenia protokołów rozbieżności, strajku ostrzegawczego trwającego maksymalnie dwie godziny. I przede wszystkim: referendum strajkowego, w którym musi wziąć udział co najmniej połowa załogi. To ostatnie wymaganie jest szczególnie absurdalne. Przeprowadzenie referendum w firmach rozproszonych po całym kraju – takich jak np. Amazon – graniczy z niemożliwością. Inicjatywa Pracownicza zorganizowała w Amazonie referendum trzykrotnie i ani razu nie udało się przekroczyć progu frekwencji – bo do wymogu frekwencji liczy się każdy magazyn. Blisko 95% głosujących opowiedziało się za strajkiem – a strajk i tak był w świetle prawa niemożliwy. Tak właśnie działa zakaz strajków ukryty pod płaszczem procedur.
Do tego dochodzi monopol związkowy: tylko organizacje związkowe mają prawo do wszczęcia sporu zbiorowego. Niezrzeszeni – a jest ich w Polsce zdecydowana większość – są z tej możliwości strukturalnie wyłączeni. Uzwiązkowienie w kraju utrzymuje się na poziomie niższym niż 7 procent. Trudno o inny stan rzeczy w społeczeństwie, które przez dekady karmiono indywidualistyczną propagandą, w której wspólne działanie przedstawiane jest jako naiwność, a czyjaś bieda – jak personalna porażka.
Gdzie pracują kobiety?
Żeby zrozumieć, dlaczego ta ustawa jest problemem płciowym, musimy spojrzeć na strukturę zatrudnienia kobiet w Polsce. To kwestia konkretnych branż, form umów, zakładów pracy.
Kobiety stanowią większość zatrudnionych w sektorze opieki zdrowotnej i pomocy społecznej, edukacji, handlu detalicznym, usługach czystościowych, gastronomii i hotelarstwie. To sektory, które łączy kilka cech: niskie płace, wysoki udział umów cywilnoprawnych i tymczasowych, słaba lub żadna reprezentacja związkowa, duża rotacja pracownicza. Dokładnie to sprawia, że spełnienie wymogów ustawy o rozwiązywaniu sporów zbiorowych jest w praktyce niemożliwe. Elastyczność – słowo, które w świecie ekonomicznym brzmi atrakcyjnie – oznacza konkretnie: brak pewności dochodu, pewności zatrudnienia, możliwości planowania. Pracownica zatrudniona w takich warunkach ma zbyt wiele do stracenia, by poważnie rozważać strajk. Zastraszanie nie musi przyjmować formy werbalnych gróźb czy szantażu ze strony szefostwa, kiedy nad zyskami biznesu czuwają przepisy prawa.
Płeć, rzecz jasna, nie jest jedynym czynnikiem mającym wpływ na sytuację wewnątrz świata pracy. Migrantki, pracownice sezonowe, kobiety z niepełnosprawnościami – wśród tych grup ryzyko zatrudnienia poza standardowymi ramami prawnymi oraz bez (i tak okrojonych) praw pracowniczych – jest parokrotnie wyższa.
Praca, która nie istnieje dla prawa
To nie wszystko. Jest jeszcze cały obszar pracy, którego prawo w ogóle nie obejmuje, bo system nie uznaje jej za pracę. Mowa o pracy opiekuńczej i reprodukcyjnej: opiece (nad dziećmi, osobami starszymi, chorymi, niepełnosprawnymi), prowadzeniu domu (gotowaniu, praniu, zakupach, planowaniu budżetu domowego), nieustannej, całodobowej dostępności emocjonalnej.
Praca reprodukcyjna jest fundamentem, na którym stoi cały rynek pracy. Bez kogoś, kto odwozi dziecko do szkoły, siedzi z chorą matką, gotuje obiad – nie ma siły roboczej. Kapitał korzysta z tej pracy za darmo, a obciążenie nią spada nieproporcjonalnie na kobiety. To nie przypadek ani – wbrew konserwatywnym narracjom – naturalna kolej rzeczy. Ten stan może dalej istnieć dzięki niedofinansowaniu opieki publicznej, braku żłobków i przedszkoli. Jest to też wynik kultury, w której kobieta wracająca z ośmiogodzinnej (co najmniej) zmiany rozpoczyna drugą zmianę w domu – nieodpłatną, niewidoczną i nieuznawaną.
Ta praca ma też drugą twarz: kobiety wykonują ją nie tylko prywatnie, ale i zawodowo – jako opiekunki, pielęgniarki, nauczycielki, pracownice socjalne. Mówimy o sektorze publicznym – sfeminizowanym i chronicznie niedofinansowanym. To właśnie tam odsetek uzwiązkowienia jest najwyższy i najczęściej wszczyna się spory zbiorowe (tj. ustawa o sporach zbiorowych jest stosowana najczęściej). Pielęgniarki, nauczycielki, pracownice opieki społecznej dobrze wiedzą, co znaczy walczyć o godne warunki w gorsecie proceduralnych wymogów zaprojektowanych po to, by rozbrajać, a nie chronić.
Pamiętamy np. strajk nauczycielek i zawiłość procedur, który do niego doprowadził, zanim w ogóle można było legalnie przerwać pracę. Wystąpienie z żądaniami do faktycznych decydentów oznaczało konieczność skoordynowania w czasie setek sporów zbiorowych, które w świetle prawa były odrębne. Stroną sporu nie mogło być ministerstwo, od którego w praktyce zależało spełnienie postulatów – musiały nią być dyrekcje poszczególnych szkół. Gdyby nie przychylność tych ostatnich, które współpracowały ze związkami w dopełnianiu kolejnych wymogów formalnych, przeciągały rokowania w oczekiwaniu na resztę zakładów, czy podpisywały protokoły rozbieżności w odpowiednim momencie, do legalnego strajku prawdopodobnie by nie doszło. Ten proces pochłania energię i potrafi demobilizować załogę. W czasie gdy nauczycielki przedzierały się przez formalne obstrukcje (w każdej szkole z osobna!), politycy korzystali z każdego tygodnia zwłoki, by osłabiać morale, dzielić środowisko i rozkręcać medialną nagonkę. Ten sam problem dotyczy wszystkich pracownic sektora publicznego – jedynie pielęgniarki były w stanie go przezwyciężyć i zastrajkować na podobną skalę.
Zakaz strajków jako narzędzie dyscyplinowania
Strajkowanie, w dużym uproszczeniu, było nielegalne przez parę dekad – strajki okupacyjne z 1970 czy 1980 nie były zgodne z prawem, o czym musimy pamiętać. W obliczu rejestracji pierwszego niezależnego związku zawodowego w państwie i fali strajków uchwalono w 1982 roku ustawę, która wprowadziła procedurę wręcz bliźniaczą do tej, którą znamy ze współczesnej ustawy o rozwiązywaniu sporów zbiorowych. W 1991 roku elity solidarnościowe miały szansę zerwać z antystrajkowym dziedzictwem PRL. Zamiast zburzenia restrykcji, zacementowano je w myśl agendy laureata pokojowej Nagrody Nobla i pierwszego przewodniczącego NSZZ „Solidarność”:
Nie dogonimy Europy, jeżeli zbudujemy silny związek.
Procedury, które mają sprawiać wrażenie demokratyczności, działają jak zwykły zakaz i zniechęcają do zorganizowanej walki w zakładach pracy. Dla kobiet ten zakaz działa podwójnie: z powodu form zatrudnienia i segmentacji rynku pracy oraz dlatego, że wykonywana przez nie praca nigdy nią w świetle prawa pracy nie była. Tymczasem zatrzymanie pracy reprodukcyjnej jest jednym z najpotężniejszych narzędzi politycznych dostępnych kobietom. Idea jest banalnie prosta: zatrzymajmy pracę, którą wykonujemy każdego dnia, a system runie.
Dlaczego musimy działać razem?
Feminizm i ruch pracowniczy mają w Polsce skomplikowaną historię. Przez lata kwestie płci były traktowane jako wtórne wobec „prawdziwej” walki klasowej – i odwrotnie, organizacje kobiece niesłusznie unikały konfliktu z pracodawcami lub swoją uwagę skupiały na „wzmacnianiu przez reprezentację”, również w zarządach spółek. To rozdzielenie było kosztownym błędem. Kobiety, które pracują na śmieciowych umowach oraz dźwigają podwójny ciężar pracy zarobkowej i opiekuńczej, nie są ofiarami osobnego problemu. Jesteśmy trybikami w systemie potrzebującym taniej, dyspozycyjnej, zastraszonej siły roboczej. Ten system potrzebuje, żeby ta siła robocza nie umiała się zorganizować.
Ustawa o rozwiązywaniu sporów zbiorowych tworzy jeden z fundamentów tego systemu. Wyrzucenie jej do kosza nie wybuduje żłobków, nie zapewni asystencji osobistej, nie zalegalizuje aborcji, ani nie będzie przeciwdziałać przemocy ze względu na płeć. Ale da pracownicom i pracownikom najskuteczniejsze narzędzie zbiorowego oporu, czyli zatrzymania pracy. Strajk jest najgroźniejszą bronią w naszych rękach. Odebranie jej jest równoznaczne z naszym rozbrojeniem – bo siadanie do stołu negocjacyjnego w obecnym rygorze prawnym jest elementem długiej tułaczki, zamiast być szybką formalnością.
Czas na wolność strajkową
Mamy z grupami feministycznymi wspólny interes w tym, żeby ta ustawa przestała obowiązywać. Mobilizacja przeciwko zakazowi strajków nie jest osobną „kwestią pracowniczą” obok kwestii kobiecej. To fundamentalna walka o wolność – wolność organizowania się i odmawiania pracy w warunkach, które nas powoli zabijają. Pracownice i pracownicy muszą mieć swobodną, niekrępowaną możliwość zatrzymać się i powiedzieć: dość.
Dołączcie do mobilizacji Dość zakazu strajków! i zamaszerujcie z nami 1 maja o 12.00. Wyruszamy spod Sejmu.
Gabriela Wilczyńska

