Zyski banków – kosztem społeczeństwa?
- Dział: Gospodarka
Tekst pochodzi z nadchodzącego 63 numeru Biuletynu Inicjatywy Pracowniczej.
Zyski polskiego sektora bankowego w 2024 r. sięgnęły 42 mld zł netto. W ujęciu historycznym to bezprecedensowy wynik (wykres). Dla porównania, przed 2023 r. banki zarabiały średnio ok. 15 mld zł rocznie. Rekordowe zyski przekładają się oczywiście na rekordowe dywidendy - 10 największych banków w Polsce wypłaciło swoim akcjonariuszom niecałe 20 mld zł dywidendy za 2023 r. Ich lwia część (7,5 mld zł) ze względu na siłę kapitału zagranicznego w tym sektorze trafia do zagranicznych spółek matek w Holandii, Hiszpanii, USA czy Francji. To problematyczne zjawisko – nie tylko ze względu jego wpływ na podział wypracowanych dochodów, lecz także z punktu widzenia makroekonomicznej stabilności gospodarki Polski.
Jak do tego dochodzi? Dlaczego powinno to obchodzić ruch pracowniczy? Postaram się na te pytania odpowiedzieć w poniższym tekście.
Wykres 1. Zysk netto sektora bankowego w Polsce, średnia krocząca 12-miesięczna (w mln zł; źródło: NBP)
Jak działają banki?
Zacznijmy od krótkiego wyjaśnienia, w jaki sposób banki udzielają kredytów i jak na nich zarabiają. Wbrew obiegowej opinii, banki nie pożyczają kredytobiorcom uprzednio zgromadzonych pieniędzy (np. gotówki w kasie lub depozytów z rachunków oszczędnościowych innych osób). Udzielając nowego kredytu, np. hipotecznego lub inwestycyjnego, bank jednocześnie tworzy, niemalże „z powietrza”, zupełnie nowy pieniądz! Klikając „Enter” w elektronicznym systemie banku, urzędnik udziela kredytu i powiększa stan środków na rachunku kredytobiorcy. Jest to niesamowity przywilej – prywatna firma może wytworzyć pełnoprawny środek płatniczy, który następnie jest wykorzystywany w różnorodnych transakcjach w całym kraju.
Akcja kredytowa to główna możliwość zarobkowania dla banków. Raz udzielony kredyt generuje przychody odsetkowe i prowizyjne przez kilka lub nawet kilkadziesiąt lat, co oznacza, że spłacona suma nie raz przekracza dwukrotnie wartość bazowego kredytu. Wielkość odsetek zależy w dużym stopniu od stopy procentowej NBP, do której banki doliczają swoją marżę.
Z drugiej strony, głównym kosztem banków są odsetki wypłacane klientom – z tytułu oprocentowania rachunków oszczędnościowych i lokat. Te również zmieniają się wraz ze stopami banku centralnego, jednak często nie w proporcjonalnym stopniu. Banki nie zawsze potrzebują depozytów i odpływ części klientów do innego, lepiej płacącego banku nie musi być dla nich od razu problemem.
Działalność kredytowa to dla banku również pewne ryzyko. Jeśli kredytobiorca zbankrutuje lub z innych przyczyn odmówi spłaty zaciągniętego długu, bank traci całość udzielonej kwoty. Stąd analiza wiarygodności kredytowej klientów to spora część działalności banku. Nie przeceniajmy jednak wagi tego ryzyka. Większość kredytów jest solidnie zabezpieczona hipoteką lub innymi gwarancjami, a system prawny mocno chroni wierzycieli. Stąd, w kraju takim jak Polska, przy wzroście PKB, skala niespłacanych kredytów jest minimalna.
Banki jako część państwa
Już powyższy opis sugeruje, że bank komercyjny to nie jest typowe przedsiębiorstwo prywatne. Jeśli przyjrzymy się bliżej temu problemowi, to dostrzeżemy, że funkcjonowanie banków jest możliwe dzięki instytucjom państwa. To one dostarczają kluczowej infrastruktury rozliczeniowej, gwarantują bezpieczeństwo depozytów, a w momentach kryzysów nie raz ratują bankrutujące banki. Za sprawą tych rozwiązań, banki są dopuszczone do państwowego monopolu emisji pieniądza i mogą zarabiać na akcji kredytowej.
Skala tej akcji kredytowej również jest pochodną konkretnych decyzji politycznych. To przecież prywatyzacja zasobu mieszkań komunalnych i wycofanie państwa z budownictwa mieszkaniowego powodują, że dla milionów ludzi kredyt hipoteczny jest jedyną opcją posiadania dachu nad głową. Kredyty hipoteczne to w Polsce lwia część aktywów banków, preferowana przez nie, ze względu na niskie ryzyko i długookresowe, stabilne strumienie przychodów.
Państwo dopuszcza też banki do innych obszarów rentownej działalności. Finansując w znacznym stopniu wydatki publiczne emisją długu publicznego – zamiast progresywnymi podatkami dochodowymi lub majątkowymi – generuje dochody dla posiadaczy obligacji skarbowych. Tak się składa, że w Polsce sporą ich część stanowią… banki komercyjne, zwłaszcza po pandemicznych tarczach finansowych, które zwiększyły płynność sektora bankowego.
Jak widać, potężne dochody sektora bankowego wynikają z określonych regulacji i konwencji, dotyczących tego jak organizować np. mieszkalnictwo czy finanse publiczne. Państwo umożliwia bankom zarabianie – a zatem państwo może zainterweniować, gdy ten zarobek staje się zbyt wysoki.
Zyski z nieba czy z pracy?
Na skutek wysokich stóp procentowych NBP, łączne przychody odsetkowe wszystkich polskich banków przekroczyły 170 mld zł, czyli ok. 4,7% PKB. Koszty odsetkowe banków, związane z oprocentowaniem depozytów, również wzrosły w por. do lat 2020-22, jednak o wiele wolniej. Stąd blisko trzykrotny wzrost zysków banków, które po opodatkowaniu sięgnęły 1,15% PKB w 2024 r. Wg szacunków moich i kol. Michała Możdżenia, za sprawą polityki monetarnej banki osiągnęły dodatkowe pasywne przychody w wysokości ok. 8 mld zł rocznie na samym portfelu kredytowym. Kwota ta nie obejmuje gigantycznych przychodów z tytułu krótkoterminowych instrumentów dłużnych (głównie bonów pieniężnych i skarbowych papierów wartościowych), które również są efektem wysokich stóp procentowych.
Skąd ta kwota się wzięła? Z jednej strony, można ją traktować jako „mannę z nieba”, niezasłużoną korzyść. Banki nie musiały nawet kiwnąć palcem, nie musiały ponosić większego ryzyka — wystarczyło inkasować różnicę między stopą proc. NBP a oprocentowaniem depozytów. Przyznają to w swojej narracji sami bankierzy, mówiąc, że ich zyski są „niezawinione”, więc… nie powinno się ich opodatkowywać!
Z drugiej strony, te zyski nie biorą się z powietrza, a z pracy każdego z nas. To wyższe raty odsetkowe, opłacane od kredytów zaciągniętych przez nabywców mieszkań, konsumentów i przedsiębiorstwa. To wpłaty z budżetu państwa i NBP, związane ze zwiększonym oprocentowaniem obligacji skarbowych i bonów pieniężnych. Te środki mogły być spożytkowane przez państwo inaczej, a obciążając budżet, dały argumenty zwolennikom polityki „zaciskania pasa”. Odwrotnością gigantycznych dywidend wypłacanym zagranicznym koncernom i bogatym polskim akcjonariuszom jest to „dlaczego nie możemy mieć ładnych rzeczy". A jeśli chcemy mieć ładne rzeczy, czytaj: sprawną ochronę zdrowia i edukację, zieloną energię i dostępną kolej — opodatkujmy te zyski banków.
Jak skorygować niezasłużone zyski?
Sytuacja niezasłużonych zysków, tak mocno wpływająca na podział dochodu narodowego, prosi się o reakcję polityczną. Doraźnym rozwiązaniem może być podatek od nadzwyczajnych zysków, nazywany też „windfall tax”. Jest to narzędzie pozwalające państwu sięgnąć po dodatkowe środki bez większego ryzyka dla gospodarki. Dotyczy on całości zysków banków – zarówno z kredytów, jak i nadwyżek finansowych – i w niewielkim stopniu wpływa na ich skłonność do udzielania kredytów. Takie rozwiązania wprowadziły już m.in. Hiszpania, Włochy i Czechy. W Polsce, by zneutralizować zyski wynikające z wysokich stóp procentowych, konieczny byłby podatek, który ściągałby ok. 10 mld zł rocznie.
Wbrew argumentom krytyków, taki podatek trudno przerzucić na klientów w wyższych marżach kredytowych. Te bowiem odstraszyłyby i tak już bardzo niechętnych kredytobiorców. W przeciwieństwie do wakacji kredytowych czy regulacji marż to rozwiązanie systemowe, stabilne i trudniejsze do obejścia.
Ważniejsze są jednak szersze korzyści społeczne. Podatek od nadzwyczajnych zysków jest nieskomplikowany, a jednocześnie trudny do uniknięcia. Stwarza to szansę na spore wzmocnienie dochodów budżetu państwa. Dodatkowe wpływy można by przekierować m.in. na edukację, mieszkalnictwo, profilaktykę zdrowotną czy transformację energetyczną. W ten sposób nadzwyczajne zyski banków faktycznie służyłyby społeczeństwu – a nie tylko jego wąskiemu wycinkowi. Podatek ma tutaj dużą przewagę np. nad wakacjami kredytowymi, które dają profity jedynie wybranym grupom kredytobiorców (firmom, osom z kredytami hipotecznymi), które są i tak dobrze sytuowane finansowo na tle ogółu społeczeństwa.
Patrząc na problem bardziej systemowo, widzimy dziś, jak kosztowny społecznie może być sprywatyzowany sektor bankowy, zwłaszcza w połączeniu z wycofaniem państwa z budownictwa mieszkaniowego i erozją bazy podatkowej budżetu państwa. W tym sensie walka o ograniczenie komercyjnych finansów może być – obok dobrze nam znanych walk lokatorskich i budżetowych – elementem programu ruchu pracowniczego.
Maciej Grodzicki, Komisja Międzyzakładowa Inicjatywy Pracowniczej na Uniwersytecie Jagiellońskim
