EN/DE/FR УКР/РУС KONTAKT
tik tok

Stanowisko Koordynacji Branżowej Nauki i Edukacji OZZ IP wobec projektu nowelizacji ustawy Prawo o szkolnictwie wyższym i nauce

Przekazaliśmy do Ministerstwa Nauki i Szkolnictwa Wyższego opinię dotyczącą projektu zmian w ustawie Prawo o szkolnictwie wyższym i nauce. Zwracamy w niej uwagę, że proponowana nowelizacja - choć podejmuje ważne problemy funkcjonowania uczelni - w wielu miejscach utrwala model uniwersytetu oparty na hierarchii, parametryzacji i ograniczonej partycypacji pracowników.

Zapoznaj się z pełną treścią opinii przygotowanej przez Koordynację Branż. Nauki i Edukacji (zob. niżej, link do pliku pdf).

Podkreślamy przede wszystkim, że uczelnia nie jest wyłącznie systemem produkcji mierzalnych rezultatów naukowych. Dla nas to raczej wspólnota osób wykonujących różne, wzajemnie dopełniające się zadania: prowadzących badania, kształcących studentów, organizujących działania naukowe i dydaktykę; zapewniających infrastrukturę oraz codzienne funkcjonowanie instytucji.

Z tego samego powodu alarmujemy, że projektowana nowelizacja całkowicie pomija pracowników niebędących nauczycielami akademickimi (sic!) Jako akademickie komisje IP jesteśmy w tym punkcie konsekwentne: nasze zakłady pracy współtworzone są w równym stopniu przez wszystkie grupy składających się na nie kadr. Nie można mówić o rozwoju nauki i dydaktyki, jednocześnie ignorując znaczną część osób, które ten rozwój każdego dnia umożliwiają.

(Dodajmy, że nowe obowiązki nakładane na uczelnie - związane m.in. z gromadzeniem danych, rozwojem zasobów naukowych, popularyzacją wiedzy czy umiędzynarodowieniem - będą w dużej mierze realizowane również dzięki pracy tej grupy. Tymczasem projekt i jego Ocena Skutków Regulacji pomijają ich rolę).

Krytycznie odnosimy się także do dalszego wzmacniania hierarchicznego modelu zarządzania uczelnią. Ograniczenie udziału nauczycieli akademickich bez habilitacji lub stanowiska profesora uczelni w radach naukowych zmniejsza reprezentatywność tych organów i osłabia kolegialny charakter uniwersytetu.

piśmie wskazujemy, że sama deklaracja odejścia od nadmiernej presji publikacyjnej nie wystarczy. Proponowane zmiany dotyczące ocen okresowych nauczycieli akademickich pozostawiają możliwość utrzymania systemu, w którym wartość pracy badawczej będzie w praktyce sprowadzana przede wszystkim do wskaźników bibliometrycznych. Ocena pracy naukowej powinna uwzględniać całokształt działalności pracownika, charakter stanowiska, zakres obowiązków oraz różnorodność zadań.

Bronimy szerszego rozumienia misji nauki. Szczególnie w przypadku nauk humanistycznych i społecznych nie można ograniczać wartości badań do ich bezpośredniej użyteczności gospodarczej - a to sugeruje w pewnym miejscu projekt („Podstawowymi kryteriami oceny działalności naukowej są w ewaluacji jakości działalności naukowej: a) poziom naukowy lub artystyczny prowadzonej działalności, b) efekty finansowe badań naukowych i prac rozwojowych, c) wpływ działalności naukowej na funkcjonowanie społeczeństwa i gospodarki”). Uniwersytet rozwija nie tylko innowacje, ale także kulturę, debatę publiczną, pamięć społeczną i zdolność krytycznego rozumienia świata.

W naszej opinii zwracamy ponadto uwagę na to, czego w projekcie zabrakło. Mimo wcześniejszego poparcia sejmowej Komisji do Spraw Petycji nie podjęto kwestii zniesienia bezwzględnego wymogu niekaralności nauczycieli akademickich. Tymczasem aktualne przepisy wywołują efekt mrożący i mogą ograniczać gotowość pracowników naukowych do zabierania głosu w sprawach publicznych czy ujawniania nieprawidłowości – w tym sensie osłabiają jedną z podstawowych funkcji uniwersytetu jako instytucji krytycznej.
Ponadto postulujemy uregulowanie zasad proporcjonalnego obniżania pensum dydaktycznego w przypadku ustawowego skrócenia czasu pracy, tak aby obowiązujące rozwiązania nie prowadziły do nierównego traktowania pracowników.

Podsumowując, w naszym stanowisku postulujemy m.in.:

– rzeczywiste uwzględnienie pracowników niebędących nauczycielami akademickimi w polityce państwa wobec szkolnictwa wyższego;

– wzmocnienie udziału pracowników w ustalaniu zasad oceny ich pracy;

– odejście od dominacji wskaźników ilościowych w ocenie działalności naukowej;

– zachowanie reprezentatywności organów kolegialnych uczelni;

– uwzględnienie kulturowego i społecznego wymiaru działalności naukowej (rozszerzenie proponowanych zapisów, zgodnie z którymi “Podstawowymi kryteriami oceny działalności naukowej” jest “wpływ działalności naukowej na funkcjonowanie społeczeństwa i gospodarki”).

Uniwersytet nie jest (tylko) przedsiębiorstwem “wykopującym” z publikacji ministerialne punkty. Dla nas to wciąż instytucja publiczna, której siła zależy od pracy całej wspólnoty akademickiej i od warunków, w jakich ta wspólnota realnie może działać.

Zauważmy przy tym, że sam przykład przesłanego nam do opinii projektu najlepiej pokazuje to, że nie wszystkie grupy rozwarstwionej kadry akademickiej mogą liczyć na równie silną reprezentację polityczną, a tym samym na równy wpływ na kluczowe decyzje dotyczące przyszłości naszej uczelni – w tym rozstrzygnięcia na polu podziału środków z subwencji czy przyznawania podwyżek. 

I dlatego droga do sprawiedliwszej, bardziej przyjaznej akademii nie wiedzie przez cierpliwość i kolejne awanse, lecz przez wspólne organizowanie się nas, zwykłych pracownic i pracowników. Pora zawalczyć o naszą widoczność i poszanowanie demokratycznego charakteru procesów decyzyjnych w naszych akademickich zakładach pracy!

 

Janek Skarbek-Kazanecki
Koordynator ds. nauki i edukacji w Komisji Krajowej

Czytaj dalej...

Przeciwko krótkowzroczności – akcja „3% dla nauki, 100% dla Polski”

Uczelnia to zakład pracy, który skupia różne grupy zawodowe. To nie tylko pracownicy naukowi, a przede wszystkim dydaktycy, administracja, laboranci, pracownicy techniczni, bibliotekarki i bibliotekarze, specjaliści wsparcia studentów i wiele innych osób, bez których uczelnia po prostu nie działa. Co z nimi w sytuacji, gdy strumień pieniędzy z subwencji ministerialnych kierowany jest w pierwszej kolejności do naukowców-dydaktyków?

W praktyce ta wielość grup oznacza nie tylko hierarchizację prestiżu wewnątrz uczelni, lecz także hierarchizację bezpieczeństwa zatrudnienia, poziomu wynagrodzeń i dostępu do instytucjonalnego wsparcia. Im dalej od działalności punktowanej w systemie ewaluacji, tym częściej praca staje się niewidzialna, niedoszacowana i traktowana jako niepotrzebny koszt. A te nierówności napędza niedofinansowanie całego sektora edukacji wyższej w Polsce.

Pieniędzy na szkolnictwo publiczne brakuje. I rozumieją to wszyscy, także nasi szefowie. Jak napisano w „Stanowisku Zgromadzenia Plenarnego” Konferencji Rektorów Akademickich Szkół Polskich (dokument z 27.11.2025):
Z zaniepokojeniem przyjmujemy projekt budżetu państwa na 2026 rok, w którym wydatki na naukę i szkolnictwo wyższe zostały zaplanowane na poziomie nieco ponad 1% PKB. Jest to najniższy wskaźnik od początku reformy zapoczątkowanej ustawą z 2018 roku. Co więcej, zaprojektowane nakłady są kilkukrotnie niższe od średnich wydatków w państwach należących do OECD.

My także przyjmujemy tę informację z niepokojem. I szykujemy się do protestu całego naszego środowiska: organizowanej oddolnie akcji „3% dla nauki, 100% dla Polski”, w tym planowanej w jej ramach demonstracji. Komisje akademickie Inicjatywy Pracowniczej, zrzeszone w sieci Koordynacji Branżowej Nauki i Edukacji, w środę, 27.05.2026 b.r., o godz. 13:00 (!!!) będą pod Sejmem, by wykrzyczeć sprzeciw wobec narzucanych przez Ministerstwo polityk „zaciskania pasa”.
Przypomnijmy pokrótce, jakie są konsekwencje dominującej polityki głodzenia uniwersytetów. I jak nielogiczna jest ta neoliberalna logika, w myśl której wymaga się od nas jako pracowników-akademików konkurencyjności, innowacyjności, wysokiej jakości badań oraz dydaktyki, przy równoczesnym ograniczaniu finansowania i systematycznym osłabianiu materialnych podstaw funkcjonowania naszych zakładów pracy. 

Pracownicy sektora nauki muszą mieć za co żyć”
“Stabilne i godne warunki dla studentów i doktorantów”

Tak brzmią pierwsze dwa postulaty zaplanowanej na 27 maja demonstracji „3% dla nauki, 100% dla Polski”.

Wiemy, że przeważająca liczba osób studiujących, także doktoryzujących się, zmuszona jest łączyć naukę czy prowadzenie badań z pracą zarobkową. Dotyczy to także młodych stażem pracowników. Jak powiedział w czwartek (14.05.2026)  minister Marcin Kulasek (podczas rozmowy z Beatą Lubecką w programie „Trzy pytania na koniec dnia” – zob. fragmenty wywiadu na naszym profilu FB lub IG):

Sytuacja jest ekstraordynaryjna, tych pieniędzy nie ma tyle. A jeszcze, żeby była jasność, też są inne możliwości, z których można… Można skorzystać, żeby tą pensję zwiększyć. I większość naukowców tak robi…

Dostęp do edukacji wyższej jest coraz silniej uzależniony od statusu ekonomicznego. Nierówności nie kończą się jednak na etapie studiowania — one wchodzą w samą strukturę kariery akademickiej. Jak szukać pracy na uczelniach publicznych? Jak ktoś, kto kocha naukę i aspiruje do tego, by w przyszłości ją współtworzyć, ma odnaleźć się w tym systemie? Trzeba mieć mocne „plecy” albo obrócić własne badania w maszynkę do punktów z ministerialnej listy czasopism (i do podążających za tymi punktami grantów). Połamania nóg, jeśli początek kariery uzupełniać musisz pracą po godzinach. Ilu pasjonatów zostaje wypchniętych z systemu jeszcze zanim na dobre zacznie pracę? [zob. M. Jakubowiak, Koniec z Akademią, „Dwutygodnik”]

Szkolnictwo wyższe, które z założenia powinno być niekomercyjne, ulega komercjalizacji.  Uniwersytety coraz rzadziej są postrzegane przez ich decydentów-władze jako „dobro wspólne”. W polskiej akademii pieniędzy brakuje nie tylko na prowadzenie badań. Publiczna infrastruktura socjalna jest systematycznie wygaszana albo oddawana w ręce prywatnego biznesu: zamiast tanich stołówek dla studentów i pracowników – co by wspomnieć kluczowe postulaty studenckich inicjatyw naszego Związku –  uczelnie otwierają przestrzeń dla lokali „Premium”, dostępnych dla wybranych (jak w przypadku BUW). Dorzućmy do tych trudności system stypendiów i wsparcia socjalnego: pomoc dla studentów i doktorantów od lat pozostaje niewystarczająca, a wysokość świadczeń symboliczna względem realnych kosztów życia. Studenci są „konsumentami”, których należy zadowolić jak najmniejszym kosztem: obcina się programy, zatrudnia dydaktyków na śmieciówkach, przyjmuje się na studia więcej ludzi niż pozwala na to infrastruktura. Do komercjalizacji edukacji wyższych wykorzystywany jest neoliberalny język „efektywności”, „konkurencyjności” i „nowoczesności” Włodarze akademii kopiują metody z biznesu: podkręcają i mnożą wymogi, a zmiany skrupulatnie wpisują do tabelek oceny okresowej; wprowadzają parametryzacje, audyty, systemy kontroli i rozliczania pracy.

W przywołanym wywiadzie z ministrem Marcinem Kulaskiem Beata Lubecka przypomina: w Polsce są instytucje badawcze, w których pensja zasadnicza doktora zatrudnionego na stanowisku asystenta przekracza płacę minimalną o całe 19 złotych… W odpowiedzi minister namawia młodych stażem akademików do szukania dodatkowych fuch. Mowa o grantach, pracy w czasopismach czy dodatkowych zleceniach dydaktycznych, często w obrębie tej samej uczelni (zob. niżej). Tylko czy publiczna nauka i edukacja powinna opierać się na „dorabianiu po godzinach”? Zwłaszcza, że kultura organizacyjna naszych zakładów pracy także w tym wypadku wzmacnia nierówności. Jedni mają przychylnych promotorów, kierowniczki, tym samym dostęp do sieci kontaktów, projektów i dodatkowo płatnych aktywności. Inni wykonują równie potrzebną pracę, opierając się na „suchej” pensji. A praca tych pierwszych nie istnieje bez drugiej grupy. Nie, minister nie ma racji: nie każdy w akademii może skorzystać i swoją pensję zwiększyć.

Dodam, że uczelnie to instytucje wyjątkowo podatne na ułudę „kultury zap***rdolu”. Pracownik akademicki — z definicji zobowiązany do ciągłej samodyscypliny, „samozarządzania” i samomotywacji — jak mało kto ucieleśnia dziś proces podporządkowywania życia pracy (wszak monetaryzuje własną pasję!). Dotyczy to nie tylko czasu poświęcanego na badania i dydaktykę, lecz także zadań organizacyjnych i form współpracy, które podtrzymują proces produkcji wiedzy, i które coraz częściej zostają wciągnięte w logikę akademickiej konkurencji. Jak podkreśla Franciszek Chwałczyk, praca akademicka to także praca emocjonalna: często realizowana w samotności, w modelu, który nas polaryzuje i zmusza do ciągłego porównywania wyników, nie dając wglądu w to, ile realnie pracują inni. Nic dziwnego, że jednym z podstawowych rytuałów życia akademickiego stało się nieustanne narzekanie na przepracowanie. Z jednej strony jest to wyraz realnego przepracowania; z drugiej strony — to nasz sposób maskowania lęku przed tym, że robimy „za mało”, publikujemy „za mało”. Presja nas przerasta.

W akademii porównujemy się więc przez pryzmat efektów, ignorując, jak bardzo różnią się warunki naszej pracy. Jako akademickie komisje IP bijemy na alarm: na publicznych uczelniach narzędziem zarządzania kadrami stają się umowy cywilnoprawne. Moje koleżanki i koledzy z pracy latami uczą studentów w oparciu o śmieciówki, w stanie chronicznej niepewności, bez prawa do elementarnego bezpieczeństwa socjalnego i bez pewności, czy za kilka miesięcy nadal będą mieli z czego opłacić czynsz, z kalendarzem akademickim podzielonym na kolejne aneksy i kolejne obietnice (“może od października coś się uda…”); formalnie dostają wynagrodzenie wyłącznie za liczbę przeprowadzonych godzin, w praktyce za darmo przygotowują sylabusy (dokumenty z planami kursów) i materiały dydaktyczne, sprawdzają kolokwia i egzaminy, odpisują na maile osób studiujących, prowadzą obowiązkowe konsultacje, dyżurują przed poprawkami, wpisują oceny do systemów, wypełniają dokumentację i organizują zajęcia, wykonując dziesiątki godzin niewidzialnej pracy, bez której uczelnia po prostu nie byłaby w stanie funkcjonować, a studenci — uczyć się. Trudno skupiać się wyłącznie na własnych problemach, kiedy obok pracują osoby, które z semestru na semestr nie wiedzą, czy nadal będą miały zatrudnienie, nie mają podstawowej ochrony pracowniczej i praktycznie żadnego wpływu na decyzje podejmowane na uczelni.

Równolegle rośnie grupa pracowników projektowych, utrzymujących się z grantów, funkcjonujących poza systemem awansów, wyłączonych z mechanizmów waloryzacji płac i równie często pozbawionych elementarnego bezpieczeństwa zatrudnienia. Nasze koszule, żakiety czy marynarki wyglądają tak samo, a warunki pracy to temat tabu, napędzany przez niesprawiedliwe warunki pracy, podtrzymywany przez poczucie wstydu i nasze własne kompleksy: dyskryminacji i nierówności nie widać, gdy mijamy się na wydziałowych korytarzach.

Neoliberalizacja edukacji wyższej w Polsce, czyli demontaż demokracji

Powiedzmy jeszcze o tym, jak neoliberalna logika demontażu uniwersytetu wykracza poza mury uczelni i jak wpływa na szersze życie społeczne i polityczne. Dekadę temu ukazała się pewna książka: Demontaż „demosu”. Neoliberalna cicha rewolucja (Undoing the Demos: Neoliberalism’s Stealth Revolution, wyd. Zone Books 2015). Jej autorka, Wendy Brown, analizuje przemiany demokracji i życia publicznego wywołane przez neoliberalizm – rozumiany nie tylko jako model gospodarczy, lecz przede wszystkim jako dominująca „racjonalność”, ideologia podporządkowująca wszystkie obszary życia logice rynku (s. 31). Przy czym Brown pokazuje, że współczesne państwo, instytucje publiczne i sami obywatele zaczynają dziś funkcjonować niemal jak przedsiębiorstwa; człowiek zostaje sprowadzony do roli „kapitału ludzkiego”. To przekłada się na język: demokracja, równość czy autonomia polityczna są stopniowo wypierane przez kategorie wzrostu gospodarczego, konkurencyjności i efektywności ekonomicznej (patrz słynne „there is no such thing as society” M. Thatcher: nie ma społeczeństwa, jest tylko rynek i konkurujące ze sobą jednostki).

Ostatni rozdział książki dotyka problemu degradacji i „głodzenia” publicznych uniwersytetów. Jak przekonuje Brown, coraz trudniej wyjaśnić, dlaczego uniwersytety, biblioteki, szkoły czy parki miałyby pozostać publicznie dostępne i finansowane ze środków publicznych. Coraz częściej zakłada się, że koszty ich funkcjonowania powinni ponosić wyłącznie ci, którzy  „konsumują” usługi oferowane przez te instytucje. W tym sensie neoliberalizacja szkolnictwa wyższego osłabia demokratyczną funkcję nauki, redukując ją do narzędzia produkcji kapitału i wzrostu gospodarczego. Akademia przestaje kształcić obywateli do uczestnictwa w życiu publicznym, a zaczyna wytwarzać „kapitał ludzki” – jednostki zobowiązane do nieustannego zwiększania swojej rynkowej wartości. Rosnąca presja na kształcenie zawodowe i badania o bezpośredniej użyteczności rynkowej podważa zarazem autonomię uczelni, wolność badań i edukację rozwijającą krytyczne myślenie (s. 183). Przy okazji redefinicji ulega sama demokracja: zamiast przestrzeni wspólnego działania i sporów o dobro wspólne staje się domeną ekspertów, wskaźników efektywności i ekonomicznych kalkulacji.

Sytuacji nie pomaga import do Europy amerykańskich wojen kulturowych i narracji politycznych made in USA, krytykujących nie tylko wydatki na sektor publiczny, lecz także samych naukowców: atakując ich jako darmozjadów, kastę utrzymującą się z pieniędzy (innych) podatników; uprzywilejowaną grupę, której działalność ma zerową wartość gospodarczą czy wręcz ujemną wartość społeczną (patrz: krytyka „liberalnych” elit akademickich na prawej flance; narracje podważające antropogeniczny charakter kryzysu klimatycznego etc.). Akademia w Ameryce została zepchnięta do defensywy, politycy zaczęli definiować ją nie jako część rozwiązania, lecz źródło problemów [zob. Unmaking the public university Christophera Newfielda, 2011].

Konsensus między amerykańską prawicą i lewicą: (1) pieniędzy publicznych na szkolnictwo wyższe nie ma i nie będzie; (2) uczelnie wymagają restrukturyzacji w celu zwiększenia ich efektywności – rzecz jasna, w sposób podporządkowany przede wszystkim potrzebom rynku i oczekiwaniom dominujących klas ekonomicznych. Pierwszy punkt odhaczony także i w Polsce. Postarajmy się, by odwrócić ten trend, zanim lokalni liberałowie i prawica podadzą sobie ręce także w punkcie drugim.

***

Potrzebujemy natychmiastowej zmiany kursu, ta jednak nie wydarzy się sama. Nie dokona się ani poprzez kolejne technokratyczne reformy, ani przez korekty wskaźników czy administracyjne „usprawnienia”. Wymaga realnej koalicji sił społecznych i politycznych oraz skupienia zasobów, które pozwolą wyznaczyć alternatywny kierunek rozwoju publicznych uczelni. Przy czym walka o finansowanie nauki i zmianę polityki wobec szkolnictwa wyższego nie może być traktowana jako techniczna kwestia budżetowa: musi być zakorzeniona w istniejących strukturach politycznych i ruchach społecznych: w związkach zawodowych działających na uczelniach i poza nimi, w organizacjach i grupach studenckich i formach samoorganizacji społecznej.


Jan Skarbek-Kazanecki
Koordynacja Branżowa Nauki i Edukacji Inicjatywy Pracowniczej
Łódzka Komisja Akademicka IP


Dziękuję za korektę i uwagi Annie Romanowicz
z Komisji Międzyzakładowej przy Uniwersytecie Jagiellońskim




Czytaj dalej...

OZZ Inicjatywa Pracownicza
Komisja Krajowa

ul. Kościelna 4/1a, 60-538 Poznań
514-252-205
Ten adres pocztowy jest chroniony przed spamowaniem. Aby go zobaczyć, konieczne jest włączenie w przeglądarce obsługi JavaScript.
REGON: 634611023
NIP: 779-22-38-665

Przystąp do związku

Czy związki zawodowe kojarzą ci się tylko z wielkimi, biurokratycznymi centralami i „etatowymi działaczami”, którzy wchodzą w układy z pracodawcami oraz elitami politycznymi? Nie musi tak być! OZZIP jest związkiem zawodowym, który powstał, aby stworzyć inny model działalności związkowej.

tel. kontaktowy: 514-252-205
e-mail: Ten adres pocztowy jest chroniony przed spamowaniem. Aby go zobaczyć, konieczne jest włączenie w przeglądarce obsługi JavaScript.

Kontakt dla prasy

tel. kontaktowy: 501 303 351
Ten adres pocztowy jest chroniony przed spamowaniem. Aby go zobaczyć, konieczne jest włączenie w przeglądarce obsługi JavaScript.

In english

Ten adres pocztowy jest chroniony przed spamowaniem. Aby go zobaczyć, konieczne jest włączenie w przeglądarce obsługi JavaScript.