EN/DE/FR УКР/РУС KONTAKT

Ekonomia polityczna migracji

"Lwów - Warszawa wspólna sprawa" -Ukraińscy operatorzy żurawi solidaryzują się z polskim protestem ws. wyższych stawek
"Lwów - Warszawa wspólna sprawa" -Ukraińscy operatorzy żurawi solidaryzują się z polskim protestem ws. wyższych stawek

Czy migracje zarobkowe są faktycznie czynnikiem, który blokuje obecnie wzrost płac? Takie sugestie padają ostatnio nie tylko od nacjonalistycznych polityków Konfederacji, ale także ze strony osób, które określają się jako pro-pracownicze i pro-socjalne jak np. Rafał Woś (Felieton Rafała Wosia "Dlaczego potrzebujemy moratorium migracyjnego"). Choć z pozoru twierdzenia takie wydają się logiczne, w rzeczywistości niewiele mają wspólnego z tym jak faktycznie wyglądają wzajemne relacje wynagrodzeń i migracji.

 To kapitalizm obniża płace, a nie migracje

Argumentacja osób nawołujących do ograniczenia migracji z powodów „socjalnych” brzmi następująco: napływ imigrantów i imigrantek zwiększa liczbę chętnych do podjęcia pracy (podaż pracy) i tym zaostrza konkurencję o zatrudnienie. Na tej sytuacji korzystają pracodawcy, którym łatwiej przychodzi opieranie się postulatom podwyżek za pomocą dobrze znanego argumentu „na twoje miejsce jest dziesięciu chętnych”. Ograniczenie lub zatrzymanie migracji mogło by więc pozytywnie wpłynąć na dynamikę płac – uwalniając je od presji ze strony ciągle rosnącej podaży siły roboczej.

Problem z tą argumentacją jest taki, że presja na ograniczanie płac jest stałą (i nieusuwalną) tendencją gospodarki kapitalistycznej, a migracje zarobkowe to tylko jedno z wielu „narzędzi” po które sięgać mogą pracodawcy chcąc „trzymać płace w ryzach”. Zablokowanie imigracji ani nie sprawia, że presja ta znika, ani nie ogranicza dopływu rąk do pracy z innych źródeł.

Migracje a rezerwowa armia pracy

Aby móc funkcjonować, kapitalizm stale potrzebuje „nadmiaru” rąk do pracy – rzeszy ludzi jednocześnie pozbawionych możliwości samodzielnego wytworzenia środków do życia oraz nie mających zatrudnienia. Ten „stały nadmiar” został zauważony już przez Marksa w czasach narodzin kapitalizmu przemysłowego i nazwany „rezerwową armią pracy”[1]. Odpowiednio duże rozmiary rezerwowej armii pracy są koniecznym warunkiem akumulacji kapitału i osiągania zysków: poprzez nieustanną konkurencję z „czynną armią roboczą” (tymi z nas, którzy aktualnie mają pracę), rezerwowa armia pracy pozwala zapobiec sytuacji w której wzrost zapotrzebowania na siłę roboczą doprowadził by do „nadmiernego” wzrostu płac znacznie obniżającego poziom zysków.

Historycznie, w czasach gdy Marks opisywał formowanie się kapitalistycznej rezerwowej armii pracy, imigranci byli włączani w jej skład chwilowo, w szczytowych momentach cyklu koniunkturalnego, gdy wyczerpywały się jej pozostałe źródła. Nigdy też nie stanowili jej najliczniejszej części. Dużo większe znaczenie dla rozwoju kapitalizmu miał natomiast dopływ osób z sektora rolniczego („utajona” część armii przemysłowej), gdzie drobne gospodarstwa chłopskie nie wytrzymywały konkurencji ze strony rolnictwa przemysłowego. Drugą istotną częścią rezerwowej armii pracy były osoby, które utraciły pracę na skutek restrukturyzacji i zmian technologicznych („płynna” część armii rezerwowej, której rozmiar zmienia się wraz z przebiegiem cyklu koniunkturalnego); a trzecią – miejska biedota, złożona z osób pracujących dorywczo, zatrudnianych nieregularnie i „na czarno”, czasami utrzymująca się z nielegalnych lub pół-legalnych źródeł albo świadczeń z pomocy społecznej („chroniczna” część armii rezerwowej). Te trzy główne źródła rezerwowej armii pracy w większości przypadków miały pochodzenie „krajowe”, a tylko okazjonalnie i w niewielkim stopniu„zagraniczne”.

Wyżej opisana struktura rezerwowej armii pracy i proporcje pomiędzy jej poszczególnymi częściami nie uległy większym zmianom do dnia dzisiejszego. Wbrew alarmistycznym doniesieniom medialnym i anty-imigranckiej retoryce partii prawicowych, w skali globalnej imigranci są społecznością nieliczną, a ich procentowy udział w populacji świata od lat utrzymuje się na niskim poziomie. Wg. danych Międzynarodowej Organizacji ds. Migracji, w 2019 r., populacja imigrantów liczyła 271,6 mln osób, czyli raptem 3,5% ludności świata [2]. Na przestrzeni ostatnich pięćdziesięciu lat procentowy udział imigrantów w ludności świata wykazał tylko nieznaczny wzrost (por. tabela 1).

Tabela 1 - Liczba i procentowy udział imigrantów i imigrantek w populacji świata

Rok          


Liczba imigrantów 
(w milionach)                

Procentowy udział imigrantów
w populacji całego świata
1970 84,5 2,3%
1975 90,4 2,2%
1980 102 2,3%
1985 113,2 2,3%
1990 153 2,9%
1995 161,3 2,8%
2000 173,6 2,8%
2005 191,6 2,9%
2010 220,8 3,2%
2015 248,8 3,4%
2019 271,6 3,5%

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 Źródło: International Organization for Migration, World Migration Report 2020, Genewa 2019, s.21

Równie niewielki jest także udział imigrantów w globalnej siły roboczej. Według danych Międzynarodowej Organizacji Pracy (ILO), w 2019 r., 169 milionów imigrantów pracowało najemnie – stanowiło to zaledwie 4,9% z liczby 3,4 miliarda wszystkich pracowników na świecie[3]. Odsetek ten jest, rzecz jasna, wyższy w krajach bogatszych . W Europie Zachodniej wynosi 17,8%, w USA i Kanadzie 20,6%, a w państwach Półwyspu Arabskiego aż 40% [4]. Niemniej jednak, po pierwsze w regionach tych pracuje mniejszość globalnej siły roboczej, a po drugie imigranci i imigrantki nie są zatrudniani "równomiernie" - najczęściej imigrancka siła robocza skoncetrowana jest w kilku branżach charakteryzujących się niskimi płacami, niewielkim stopniem mechanizacji i małą koncetracją (rolnictwo, usługi typu sprzątanie i opieka, przetwórstwo przemysłowe). Ta specfika sprawia, że trudno jest sytuację z tych szczególnych branż uogólniać na całą gospodarkę.

Przyczyny globalnego spadku płac

W powojennej historii państw rozwiniętego kapitalizmu (Europa Zachodnia, USA, Japonia, Kanada i Australia) można wyróżnić dwa okresy: lata 1945-1975, gdy udział płac w dochodzie narodowym (PKB) rósł lub utrzymywał się na stałym poziomie oraz okres od połowy lat 70. do teraz, gdy odnotowuje się spadek udziału płac w PKB[5]. Przekładając te statystyki na prostszy język, można powiedzieć, że trzy dekady po II Wojnie Światowej są okresem, kiedy świat pracy otrzymywał w formie płac stałą lub coraz większą część wytwarzanego w gospodarce bogactwa, natomiast w okolicach 1975 roku rozpoczęła się seria zmian prowadzących do sytuacji, gdy coraz większa część tego bogactwa przypada kapitałowi w formie zysków, kosztem wynagrodzeń pracowniczych.

Zmiany te są jednak zupełnie odwrotne od dynamiki migracji: w przypadku Europy Zachodniej, lata 40., 50. i 60., czyli czasy dynamicznego wzrostu gospodarczego i wzrostu płac, są zarazem okresem gwałtownego nasilenia procesów migracyjnych:

„Wysoki wzrost gospodarczy wymógł zapotrzebowanie na siłę roboczą. Największe gospodarki Europy Zachodniej (Niemcy, Francja, Wielka Brytania) początkowo zaspokajały niedobory siły roboczej, zatrudniając osoby przesiedlone po II Wojnie Światowej. Następnie coraz szerzej zaczęły korzystać z pracowników kontraktowych pochodzących ze słabiej rozwiniętych gospodarczo państw Europy Zachodniej (Portugalia, Hiszpania, Włochy). Gdy i te kraje weszły na ścieżkę przyśpieszonego rozwoju gospodarczego, największe potęgi gospodarcze regionu musiały szukać nowych źródeł siły roboczej. Państwa o kolonialnej przeszłości (np. Wielka Brytania i Francja) zwróciły się ku swoim byłym koloniom. Francja zaczęła ściągać robotników z byłych kolonii w Afryce Północnej i Zachodniej (głównie z Algierii, Tunezji, Maroka). Wielka Brytania otworzyła swój rynek pracy dla imigrantów z regionu Karaibów oraz byłych Indii Brytyjskich. Niemcy, które nie posiadały powiązań kolonialnych, zaczęły sprowadzać siłę roboczą głównie z Turcji oraz byłej Jugosławii. Szacuje się, ze w tym okresie [1950-1975] migracja netto do Europy Zachodniej wyniosła ok. 10 mln osób.”[6]

W porównaniu z tym okresem, w drugiej połowie lat 70. rozpoczyna się faza polityki „zamkniętych drzwi” (ograniczania skali imigracji), która przyniosła znaczny spadek wielkości imigracji do krajów Unii Europejskiej. Spadek ten miał miejsce dokładnie w tym samym czasie, gdy zmniejszać zaczęła się ta część dochodu narodowego, która przypada klasie pracującej w formie płac.

Warto tu zwrócić uwagę na jeszcze jeden fakt: spadek udziału płac w PKB miał miejsce nie tylko w Europie Zachodniej i USA, kojarzonych z liberalną polityką migracyjną. Identyczna zmiana miała miejsce także w Japonii i Korei Południowej, czyli krajach powszechnie uznawanych za prowadzące bardzo restrykcyjną politykę migracyjną i wręcz niechętnych imigrantom. „Szczelne” granice nie „obroniły” więc płac japońskich ani koreańskich robotników i robotnic.

Jeśli więc to nie zwiększona migracjami podaż siły roboczej wywołała globalny spadek płac, to jak inaczej można go wytłumaczyć? Jak wskazuje wspólny raport ILO oraz Organizacji Współpracy Gospodarczej i Rozwoju (OECD), od sytuacji na rynku pracy, dużo ważniejsze było to, co działo się wewnątrz fabryk, biur i magazynów [7]. Lata 70. to początek głębokiej reorganizacji produkcji i restrukturyzacji gospodarek kapitalistycznych nakierowanych na wzrost wydajności. Wzrost ten osiągano za pomocą: „odchudzania” przedsiębiorstw (masowe zwolnienia), wprowadzania nowych technologii i automatyzacji produkcji oraz zlecając „na zewnątrz” prace uznawane za niezwiązane z główną działalnością firm (outsorcing). Zmianom tym towarzyszyły także dwa zjawiska pozornie nie związane ze stosunkami pracy, ale w rzeczywistości niosące doniosłe konsekwencje dla wynagrodzeń: finansjeryzacja i globalizacja. Wzrost znaczenia kredytu i giełdy zwiększył presję na maksymalizację krótkoterminowych zysków oraz kwot wypłacanych akcjonariuszom w formie dywidend[8]. Globalizacja sprawiła natomiast, że wiele firm i całych branż zaczęło funkcjonować w skali całego świata, „wyzwalając się” z granic poszczególnych państw narodowych.

Kapitał jest globalny i mobilny, praca – nie

Dla stosunków pracy i dynamiki płac obecnie najważniejsze znaczenie ma zmiana skali, w której coraz więcej podmiotów gospodarczych postrzega zasoby siły roboczej: coraz większe znaczenie zyskują podmioty, które mogą korzystać z rezerwowej armii pracy w więcej niż jednym państwie. Jak przekonująco argumentują w książce „Kryzys bez końca” amerykańscy ekonomiści ze szkoły „kapitalizmu monopolistycznego”, John Bellamy Foster i Robert W. McChesney, dynamika rozwoju kapitalizmu oparta o procesy centralizacji i koncentracji kapitału, sprawiła, że „dzisiaj typowa lub raczej reprezentatywna firma to monopolistyczna korporacja międzynarodowa – przedsiębiorstwo, które działa w wielu krajach, ale główną siedzibę ma w jednym z nich” [9]. Dla tego typu podmiotów, granice między państwami od dawna nie są już jakąkolwiek przeszkodą w pogoni za coraz niższymi kosztami pracy, a zasób „rąk do pracy” obejmuje cały świat.

Korporacje międzynarodowe nie muszą korzystać z imigranckiej siły roboczej aby trzymać płace na niskim poziomie lub je obniżać. Cel ten osiągają równie szybko i sprawnie poprzez decyzje o lokalizacji nowych inwestycji oraz przerzucanie produkcji i zamówień pomiędzy swoimi filiami i podwykonawcami na całym świecie. Aby utrzymać niskie koszta pracy w niemieckich magazynach, Amazon nie musiał wcale zatrudniać większej liczby imigrantów i imigrantek: budując magazyny w Polsce i otwierając tu swoją lokalną filię, w przeciągu kilku lat zyskał możliwość ekspresowego przerzucania zamówień na drugą stronę Odry np. podczas strajków.

Przykład Amazona nie jest odosobniony: większość towarów i usług, które konsumujemy jest wytwarzana i dystrybuowana w cyklach obejmujących zakłady pracy rozrzucone po całym świecie. Przywołani już w tym artykule Foster i McChesney podają liczne przykłady tego jak bardzo skomplikowane i wielostopniowe stały się globalne łańcuchy produkcji i dostaw: w przypadku obuwia sportowego, każdy but Nike zawiera 52 elementy produkowane w 5 krajach[10]; laptopy Della składają się z ok. 3,5 tys. elementów kupowanych od 300 różnych dostawców z całego świata[11]; natomiast w produkcję części i podzespołów składających się na iPhone’a zaangażowane jest 8 korporacji zlokalizowanych w Japonii, Korei Południowej, Niemczech i USA – części te montowane są w fabrykach Foxconna w Chinach i następnie eksportowane do USA i Europy Zachodniej [12].

Globalny łańcuch produkcji iPhone'a - mapa z lokalizacjami fabryk podzespołów w USA, Niemczech, Chinach i Japonii oraz zakładem Foxconn'a odpowiedzialnym za montaż

Równie spektakularna jest droga jaką odbywają sukienki Zary – obejmuje ona fabryki w Europie Wschodniej, Egipcie, Chinach, Maroku i Hiszpanii[13].

Podróż sukienki Zary - mapa przedstawiająca proces produkcji obejmujący fabryki w Europie Wschodniej, Egipcie, Chinach, Maroku i Hiszpanii

Globalizacja gospodarki nie sprowadza się jednak tylko do „rozproszenia” cyklu produkcji, montażu i dystrybucji na cały glob. Drugą stroną tego procesu są dwa zjawiska: coraz większej monopolizacji poszczególnych branż oraz coraz większego „umiędzynarodowienia” korporacji, które w tych branżach dominują. Motoryzacja, aeronautyka, farmacja, handel detaliczny, bankowość, usługi ubezpieczeniowe, produkcja żywności – wszystkie z tych branż w skali całego świata są zdominowane przez kilka, może kilkanaście podmiotów. Np. w przypadku motoryzacji, od końca lat 90. mamy do czynienia z sytuacją gdy można mówić o globalnym oligopolu produkcji samochodów, gdzie 5 międzynarodowych korporacji produkuję połowę światowej produkcji pojazdów silnikowych [14].

Korporacje te w coraz większym stopniu opierają się na pracy zagranicznych filii i oddziałów i coraz większe są ich zagraniczne aktywa. W przypadku podmiotów takich jak Ford, Coca-Cola, General Motors, Johnson & Johnson, IBM czy Hewlett-Packard udział zagranicznych aktywów i zatrudnienia już dawno zbliżył się lub przekroczył poziom 50% [15].

Co to oznacza dla świata pracy? Przede wszystkim to, że już teraz nasi pracodawcy mogą swobodnie wykorzystywać różnice płacowe między państwami i regionami dążąc do maksymalizacji zysków i ograniczenia kosztów pracy. Z perspektywy kapitału, zasoby „rąk do pracy” są więc w większości sektorów gospodarki od dawna globalne (z wyłączeniem takich branż jak budownictwo, ochrona czy opieka, których nie da się tak łatwo przenieść za granicę). To z kolei sprawia, że bardzo wątpliwe jest szukanie ratunku przed presją na obniżki płac w państwowych regulacjach.

Państwo – współwinny „wyścigu do dna”

Wzrost znaczenia międzynarodowych korporacji i zglobalizowanie procesu produkcji sprawiają, że coraz mniej prawdopodobny i możliwy jest powrót do powojennego ładu „państw dobrobytu”, nie mówiąc o próbie stworzenia go w peryferyjnych krajach takich jak Polska. Państwowa polityka gospodarcza została bowiem w dobie neoliberalnej globalizacji – jak pisze francuski socjolog Alain Bihr – sprowadzona do przyciągania i zachęcania do pozostania na terenie danego państwa wędrujących kapitałów[16]. To z kolei prowadzi do swoistej „licytacji kto da mniej” jeżeli chodzi o płace, regulacje zatrudnienia czy podatki przy jednoczesnym oferowaniu „wędrującym kapitałom” odpowiedniej infrastruktury (przede wszystkim transportowej) i wyedukowanej siły roboczej.

Niezależnie od partyjnych barw, ekipy obejmujące władzę w państwie znajdują się więc w pułapce: w krajach rozwiniętych, gdzie przetrwały jeszcze resztki regulacji z epoki państw dobrobytu, muszą je systematycznie demontować aby zatrzymać na swoim terenie biura i fabryki kluczowych korporacji; natomiast kraje rozwijające się, takie jak Polska, przyciągają do siebie inwestycje przede wszystkim konkurując niższymi kosztami pracy (nie tylko związanymi z wysokością wynagrodzenia, ale także np. regulacjami dotyczącymi czasu pracy czy ochrony przed zwolnieniem). Powstanie globalnych łańcuchów produkcji i dystrybucji sprawia natomiast, że praktycznie niemożliwe jest „zamknięcie” kapitału ponownie w granicach państw narodowych bez radykalnego zerwania z kapitalizmem – w większości branż wymagało by to nie tylko nacjonalizacji, ale także reorganizacji produkcji w taki sposób, aby została ona „przekierowana” na rynek wewnętrzny.

To wyjaśnia dlaczego nawet akcentujący swoją „socjalność” rząd PiS na polu stosunków pracy ogranicza swoją politykę do takich reform, które nie naruszają w istotny sposób interesów kapitału. Wzrost płacy minimalnej czy wprowadzenie minimalnej stawki godzinowej, które z perspektywy polskiej mogą wyglądać na radykalne, w rzeczywistości mieszczą się w marginesie, który nie ma znaczenia dla największych korporacji. Pomimo serii podwyżek płacy minimalnej i objęcia nią osób pracujących na zleceniach, w 2020 roku godzinowy koszt pracy w Polsce wynosił 11 Euro i był cały czas prawie dwa i pół razy niższy od średniej unijnej (27,8 Euro) oraz dużo niższy od średniego kosztu godziny pracy w krajach takich jak Niemcy (36,6 Euro), Francja (37,5 Euro), a nawet Hiszpania (22,8 Euro)[17]. Równolegle, ten sam rząd, który buduje swoje poparcie na ciągłych obietnicach podwyżek wynagrodzenia minimalnego, zajął stanowisko przeciwko unijnej dyrektywie ws. płacy minimalnej, która mogła rozpocząć proces równania w górę płac na poziomie UE i wymuszała zwiększenie znaczenia układów zbiorowych pracy (a więc także regulacji stosunków pracy) [18]. Prawdopodobnie dlatego, że tego typu „równanie w górę” mogłoby finalnie zmniejszyć atrakcyjność Polski jako kraju „niskich kosztów pracy”.

Podobnie wygląda to w przypadku oferowanej inwestorom infrastruktury: słabość Państwowej Inspekcji Pracy, która dysponuje budżetem mniejszym od Instytutu Pamięci Narodowej i która okazuje się bezradna wobec masowego łamania prawa pracy w branży budowlanej jest świadomą decyzją polityczną. Szybkość i tanie koszta budowy kolejnych autostrad czy przestrzeni biurowej są kluczowym czynnikiem zwiększającym „atrakcyjność” kraju w oczach inwestorów. Nikomu nie zależy więc, żeby np. kluczowe inwestycje zostały spowolnione przez przestrzeganie Rozporządzenia ws. BHP w zawodzie operatora żurawi wieżowych, zgodnie z którym czas pracy osób wykonujących ten zawód nie może przekroczyć 8 godzin dziennie.

Ograniczenia, które poważnie utrudniają próby budowy jakiejś współczesnej wersji państwa dobrobytu mają więc charakter strukturalny. To sprawia, że klasa pracująca może liczyć wyłącznie na siebie: na samoorganizację, solidarność ponad granicami i akcje strajkowe. A na tym polu migracje wcale nie stanowią istotnej przeszkody.

Imigranci nie są bierni

Teza, że to zwiększona imigracja „ciągnie płace w dół” zawiera w sobie milczące założenie, że pracujący imigranci i imigrantki są zawsze bierni (nieskłonni do organizowania się i walki o poprawę warunków pracy i wyższe wynagrodzenia). Jest to założenie, które nie ma żadnego potwierdzenia w historii walk pracowniczych.

Przykładowo, wielka fala strajkowa w USA w latach 30. XX wieku, która zmusiła amerykańskie elity do przyjęcia socjaldemokratycznych rozwiązań New Dealu, oparta była na aktywności drugiego pokolenia imigrantów i imigrantek z Europy Wschodniej i Południowej[19]. Kapitał próbował ją powstrzymać zwiększając w latach 40. zatrudnienie Czarnych robotników z południowych stanów i wykorzystując różnice rasowe do dzielenia klasy pracującej, ale – jak wskazują amerykańska socjolożka Beverly Silver i włoski ekonomista Giovanni Arrighi – „wysiłki pracodawców zmierzające do podniesienia wydajności i zwiększenia posłuszeństwa przez groźbę zastąpienia [białych robotników] czarną siłą roboczą przyniosły skutek odwrotny do zamierzonego, wywołując falę strajków i niepokojów pracowniczych” [20]. Trzeba tu zaznaczyć, że część z tych strajków była motywowana uprzedzeniami rasowymi białych robotników, protestujących przeciwko zatrudnianiu Czarnych na tych samych stanowiskach. Jednak w ostatecznym rozrachunku, uprzedzenia te udało się przezwyciężyć w stopniu wystarczającym do narzucenia amerykańskiemu kapitałowi w kluczowych branżach (stalowa, motoryzacyjna) systemu regulacji, który aż do połowy lat 70. gwarantowały klasie pracującej względnie wysokie płace, dobre warunki pracy i silną pozycję organizacji związkowych.

Co ważne, także w kolejnych latach, gdy kapitał przeszedł do kontrofensywy (zwiększając wydajność, obniżając płace i atakując związki zawodowe), zdarzały się przypadki, gdy ruch pracowniczy stawiał solidarny opór próbom dzielenia klasy pracującej po liniach narodowościowych. Tak było w latach 90. w branży sprzątającej w Los Angeles, która została zdominowana przez podwykonawców zatrudniających głównie nowych imigrantów i imigrantki z Ameryki Środkowej. Związek zawodowy SEIU odpowiedział wtedy na obniżkę płac kampanią „Sprawiedliwość dla dozorców”, w ramach której strajki i protesty latynoskich sprzątaczek i sprzątaczy zmusiły pracodawców do zawarcia nowego układu zbiorowego [21].

Podobne przykłady znaleźć można w krajach Europy Zachodniej, a nawet w Polsce. We Włoszech, bojowa postawa związku zawodowego SI COBAS doprowadziła w latach 2012-2016 do mniej-więcej dwukrotnego wzrostu płac w centrach logistycznych zlokalizowanych w północnych Włoszech [22]. Wzrost ten nie byłby możliwy, gdyby nie strajki i blokady magazynów organizowane przez magazynierów-imigrantów z Afryki, Bliskiego Wschodu i Azji. W przypadku Polski, ostatni protest operatorów żurawi wieżowych wspierany był przez ukraiński branżowy związek zawodowy, a aktywny udział brali w nim operatorzy-imigranci z Ukrainy[23].

Wszystko to pokazuje, że niezależnie od branży czy kraju pochodzenia, migrująca siła robocza nie daje sprowadzać się do roli biernego narzędzia, używanego przez pracodawców do obniżania płac. To czy kapitałowi uda się ją w ten sposób wykorzystać zależy w dużej mierze od tego jakie nastawienie i jaką strategię przyjmuje ruchu związkowego: gdy organizacje związkowe odrzucają uprzedzenia, przełamują podziały narodowościowe i działają aktywnie i bojowo, wtedy możliwe staje się skuteczne zablokowanie presji na obniżkę płac za pomocą zwiększonej podaży pracy.

Aktualne recepty na aktualne problemy

Moratorium na migracje jako środek mający powstrzymać spadek płac porównać można do strategii amerykańskich rzemieślniczych związków zawodowych z przełomu XIX i XX wieku. W tamtym okresie, związki zawodowe zrzeszały wyłącznie (białych) robotników wykwalifikowanych a ich główną strategią była kontrola nad podażą pracy przez ograniczanie liczby osób uprawnionych do wykonywania danego zawodu (przede wszystkim poprzez związkowy nadzór nad procesem szkoleń zawodowych)[24]. Źródło siły rzemieślniczych związków stało się jednak zarazem źródłem ich słabości – jak wskazuje amerykański związkowiec i historyk ruchu robotniczego Joe Burns: „Poprzez ograniczanie dostępu do zawodu, rzemieślnicze związki zawodowe chroniły płace członków związków kosztem wykluczenia reszty pracowników. […] Ograniczony i wykluczający charakter działań solidarnościowych praktykowanych przez te związki stanowił jedną z głównych słabości ówczesnego ruchu związkowego.” Kapitał stosunkowo szybko poradził sobie z taką elitarystyczną strategią dokonując reorganizacji produkcji i zmian technologicznych: „Wraz z upływem lat, zmiany technologiczne, wprowadzenie technik produkcji masowej oraz automatyzacja procesu pracy sprawiły, że strajk oparty wyłącznie na powstrzymaniu się od pracy [wykwalifikowanej siły roboczej] stał się nieefektywny. W sytuacji, gdy związki nie kontrolowały już podaży pracy, pracodawcom łatwiej było znaleźć zastępstwo dla strajkujących pracowników. Tym samym, dla ogromnej większości pracowników, z których większość nie należała do rzemieślniczych związków zawodowych, potrzebna stała się inna forma strajku.”[25] Tą formą były masowe akcje strajkowe podejmowane na poziomie całych branż solidarnie przez pracowników i pracownice różnych zawodów (i różnej narodowości) w latach 30. XX wieku.

Biorąc pod uwagę wszystkie opisane wyżej uwarunkowania: globalizację procesów produkcji i dystrybucji, procesy koncentracji i monopolizacji światowej gospodarki, atak pracodawców na płace i warunki pracy poprzez restrukturyzację oraz uwikłanie struktur państwa w mechanizmy wyzysku, staje się jasne, że próby ograniczania migracji w żaden sposób nie zmieniają układu sił pomiędzy pracą i kapitałem na korzyść tej pierwszej.

Anty-imigrancka retoryka, w którą chcąc nie chcąc wpisują się hasła o „moratorium migracyjnym” jest częścią problemu, a nie żadnym rozwiązaniem. Przez podsycanie niechęci do imigrantów i imigrantek oraz przedstawianie ich jako „konkurencji”, tego typu propozycja osłabia – i tak już słabą – solidarność świata pracy. A właśnie solidarność, i to solidarność na poziomie globalnym, jest tym czego w tym momencie pilnie potrzebujemy.

Ruch związkowy w przeważającej mierze nadal zorganizowany jest na poziomie poszczególnych państw, a międzynarodowe organizacje związkowe są słabe i najczęściej ograniczają swoją aktywność do przyjmowania symbolicznych stanowisk. Skoordynowane strajki podejmowane przez pracowników i pracownice krajowych oddziałów międzynarodowych korporacji zdarzają się rzadko, a dyskusja nad wspólnymi żądaniami i równaniem w górę płac i standardów pracy jest ciągle w powijakach.

Aby móc skutecznie odeprzeć ofensywę kapitału w warunkach globalizacji i monopolizacji światowej gospodarki potrzebujemy dziś przede wszystkim pracowniczego internacjonalizmu. Inicjatywy takie jak Amazon Workers International (sieć działaczy i działaczek związkowych z lokalnych oddziałów Amazona w Polsce, Francji, Niemczech, Hiszpanii, Włoszech i USA która wypracowuje wspólne postulaty i działania na poziomie globalnym) czy Ryanair must change! (kampania koordynująca walki personelu linii lotniczej Ryanair z poszczególnych europejskich państw) są najlepszym przykładem, że jest możliwe podejmowanie działań w skali szerszej niż poszczególne państwa. To właśnie one są najlepszą możliwą odpowiedzią na trwający od połowy lat 70. atak na świat pracy, a nie wzmacnianie murów na granicach, które powstrzymują jedynie migrujących pracowników, a nie kapitał.

Jakub Grzegorczyk

Przypisy:

[1] John Bellamy Foster, Robert w. Mcchesney, Kryzys bez końca. Jak kapitał monopolistyczno-finansowy wywołuje stagnację i wstrząsy od Stanów Zjednoczonych po Chiny, Instytut Wydawniczy Książka i Prasa, Warszawa 2014, ss. 269-273

[2] International Organization for Migration, World Migration Report 2020, Genewa 2019, s.21 URL: https://publications.iom.int/system/files/pdf/wmr_2020.pdf

[3] ILO Global Estimates on International Migrant Workers. Results and Methodology, Genewa 2021, s. 15 URL: https://www.ilo.org/wcmsp5/groups/public/---dgreports/---dcomm/---publ/documents/publication/wcms_652001.pdf

[4] ibid.

[5] Raport ILO i OECD "The Labour Share in G20 Economies" URL: https://www.oecd.org/g20/topics/employment-and-social-policy/The-Labour-Share-in-G20-Economies.pdf

[6] Mirosław Wójtowicz, „Powojenne migracje oraz ich wpływ na wzrost znaczenia obcokrajowców w strukturze demograficznej państw Unii Europejskiej”, Państwo i Społeczeństwo 2004 nr 4, ss. 21-36

[7] „The Labour share in G20 Economies”, op.cit.

[8] Michel Husson, Kapitalizm bez znieczulenia. Studia nad współczesnym kapitalizmem, kryzysem światowym i strategią antykapitalistyczną, Instytut Wydawniczy Książka i Prasa, Warszawa 2011, s. 91

[9] John Bellamy Foster, Robert w. McChesney, Kryzys bez końca, op.cit. s. 216

[10] John Bellamy Foster, Robert w. Mcchesney, Kryzys bez końca, op.cit. s. 225

[11] John Bellamy Foster, Robert w. Mcchesney, Kryzys bez końca, op.cit. s. 279

[12] John Bellamy Foster, Robert w. McChesney, Kryzys bez końca, op.cit. s. 279

[13] Katie Hope, Has this dress been to more countries than you?, BBC 22.03.2017 URL: https://www.bbc.com/news/business-39337204

[14] John Bellamy Foster, Robert w. McChesney, Kryzys bez końca, op.cit. s. 157

[15] John Bellamy Foster, Robert w. McChesney, Kryzys bez końca, op.cit. s. 221

[16] Alain Bihr, Nowomowa neoliberalna, Instytut Wydawniczy Książka i Prasa, Warszawa 2008, s. 131

[17] Źródło danych: Eurostat, Labour cost levels by NACE Rev. 2 activity (LC_LCI_LEV), https://ec.europa.eu/

[18] Jakub Szymczak, Bartosz Kocejko, Rząd PiS przeciw europejskiej płacy minimalnej. Bo nie pasuje do bajki o złej Unii i dzielnej władzy, URL: https://oko.press/placa-minimalna-jako-50-proc-sredniej-na-poziomie-unii-pis-jest-na-nie/

[19] Giovanni Arrighi, Beverly Silver, „Labor Movements and Capital Migration: the United States and Western Europe in World-Historical Perspective” [w:] C. Bergquist (red.), Labor in the Capitalist World-Economy, Sage Publications, Beverley Hills 1984, ss. 183-216

[20] Ibid. s. 193

[21] Jakub Grzegorczyk, Historia kampanii „Sprawiedliwość dla dozorców”, URL: https://ozzip.pl/publicystyka/strategie-zwiazkowe/item/2787-historia-kampanii-sprawiedliwosc-dla-dozorcow

[22] Wywiad: We włoskiej logistyce płace rosną dzięki walkom migrantów, URL: https://ozzip.pl/publicystyka/strategie-zwiazkowe/item/2178-wywiad-we-wlo-skiej-logi-styce-place-rosna-dzieki-wal-kom-migran-tow

[23] Ignacy Jóźwiak, Ukraina: operatorzy żurawi walczą o lepsze warunki pracy, https://ozzip.pl/publicystyka/walki-pracownicze/item/2776-ukraina-operatorzy-zurawi-walcza-o-lepsze-warunki-pracy

[24] Joe Burns „reviving the strike” s. 16

[25] ibid. s.17

OZZ Inicjatywa Pracownicza
Komisja Krajowa

ul. Kościelna 4/1a, 60-538 Poznań
530 377 534
Ten adres pocztowy jest chroniony przed spamowaniem. Aby go zobaczyć, konieczne jest włączenie w przeglądarce obsługi JavaScript.
REGON: 634611023
NIP: 779-22-38-665

Przystąp do związku

Czy związki zawodowe kojarzą ci się tylko z wielkimi, biurokratycznymi centralami i „etatowymi działaczami”, którzy wchodzą w układy z pracodawcami oraz elitami politycznymi? Nie musi tak być! OZZIP jest związkiem zawodowym, który powstał, aby stworzyć inny model działalności związkowej.

tel. kontaktowy: 530 377 534
e-mail: Ten adres pocztowy jest chroniony przed spamowaniem. Aby go zobaczyć, konieczne jest włączenie w przeglądarce obsługi JavaScript.

Kontakt dla prasy

tel. kontaktowy: 501 303 351
Ten adres pocztowy jest chroniony przed spamowaniem. Aby go zobaczyć, konieczne jest włączenie w przeglądarce obsługi JavaScript.

In english

Ten adres pocztowy jest chroniony przed spamowaniem. Aby go zobaczyć, konieczne jest włączenie w przeglądarce obsługi JavaScript.