EN/DE/FR УКР/РУС KONTAKT
tik tok

Zmowa w transporcie i handlu przeciwko kierowcom w całej Polsce: UOKiK stawia zarzuty gigantom Dino, Lidlowi, Biedronce oraz dziesiątkom dużych firm transportowych

Czy milionowe kary od obrotów zatrzymają patologię w branży?

“Zmień firmę” - wiele razy słyszymy to od szefów i przeciwników związków zawodowych. Kiedy jednak pracownicy rzeczywiście chcą poprawić byt szukając pracy u konkurencji - coraz częściej może na nich czekać zmowa szefów. UOKiK stawia zarzuty potężnym spółkom handlowym, że pomagają w zmowie dużym firmom transportowym przeciwko kierowcom. Zmowa ma polegać na pogarszaniu warunków pracy i zaniżaniu wynagrodzeń poprzez ograniczanie konkurencji. Sieci handlowe mogły inicjować i organizować zmowę w transporcie nie wpuszczając na teren dostaw kierowców, którzy zmienili firmę na inną w tej zmowie. UOKiK zarzuca, że w ten sposób dyrekcje koncernów handlowych ograniczają nacisk na wyższe stawki w transporcie. Przystają na to szefowie firm przewozowych na szkodę własnych kierowców.

Dziś 2 czerwca UOKiK ogłosił że wszczął postępowanie przeciwko szefostwu DINO i firmom transportowym: Jar-Trans, Martrans Logistics, Euro Finannce i Mati-Trans.
— Ograniczanie pracownikom możliwości zatrudnienia i zmiany pracy to praktyki kojarzące się z XIX wiekiem. Przedsiębiorcy, którzy łamią prawo, muszą się liczyć z poważnymi konsekwencjami — kara za udział w zmowie to nawet 10 proc. obrotu. Menedżerom z kolei grozi sankcja do 2 mln zł — mówi Prezes UOKiK Tomasz Chróstny.
Tydzień wcześniej, 25 maja pracownicy UOKiK, za zgodą sądu i w asyście policji, przeszukali biura Lidla i czterech firm przewozowych współpracujących z tą siecią handlową: Omega Pilzno, spółek z grupy Van Group, FTS Ratajczak oraz Dar-Pol.

To nie pierwsze zarzuty UOKiK o taką zmowę. W lipcu 2025 prezes UOKiK wszczął podobne postępowanie przeciwko Biedronce tj Jeronimo Martins oraz aż 33 firmom transportowym podejrzanym o zmowę.
– Podejrzewamy, że firmy transportowe oraz Jeronimo Martins Polska zawarły porozumienie, którego celem miało być ograniczenie możliwości przechodzenia kierowców pomiędzy firmami transportowymi obsługującymi centra dystrybucyjne Biedronki. Tym samym przedsiębiorcy mogli chcieć uniknąć wzajemnego „podkupywania” sobie pracowników. Takie działanie jest nie tylko niezgodne z prawem ochrony konkurencji, ale również niedopuszczalne w wymiarze ludzkim. Każdy powinien mieć prawo do swobodnego wyboru oraz zmiany miejsca pracy – przekazał Prezes UOKiK. Urząd nie podał do wiadomości nazw przewoźników.

W październiku zeszłego roku UOKiK postawił podobne zarzuty kolejnym trzem firmom przewozowym: Krotrans Logistics, C.H. Robinson i Mena P.M.

Powtarzające się zarzuty UOKiK o zmowie szefów firm transportowych z udziałem największych spółek w handlu ujawniają głęboką patologię tej branży. Stawki w transporcie stoją w miejscu. Firmy skarżą się w mediach że “brakuje kierowców”, ale faktycznie brakuje godnych warunków pracy. Tymczasem kierowcy z polskich baz zajmują kluczowe miejsce w gospodarce całej Europy. Przewożą najwięcej, 20 procent towarów w całej Unii Europejskiej, (368 mld tonokilometrów). Ponad 60 procent z tego stanowi transport międzynarodowy. Bez tej ciężkiej pracy kierowców z polskich firm kompletnie załamałby się łańcuch dostaw w całej UE.

Jako kluczowi dla gospodarki Polski i UE, kierowcy z Polski są pod ogromnym naciskiem by nie zrzeszać się w związkach zawodowych i nie walczyć wspólnie o godne warunki pracy. Obok zastraszania, takiej dezorganizacji pomaga powszechna zasada “zmień firmę”. Branża nominalnie oferuje wyjątkowo duży wybór ofert. Realna poprawa warunków przez zmianę firmy jest jednak coraz rzadsza. Stawki u przewoźników obsługujących największe sieci handlowe - od Dino aż po Amazon - praktycznie stoją w miejscu od kilku lat (Amazon dotąd nie spotkał się z zarzutami UOKiK o działania przeciw kierowcom choć wiele przewoźników dla Dino czy Biedronki obsługuje także magazyny Amazon).

Zarzuty Urzędu o zmowy szefów transportu z pomocą gigantów w handlu rzucają nowe światło na problem zamrożonych stawek w Polsce. Gdy szefowie zmawiają się aby pogorszyć warunki, pracownicy powinni działać. Kierowco, nie czekaj aż pomoże Ci urząd, zrzeszaj się w związku zawodowym wraz z innymi w Twojej firmie, zgłoś się do Inicjatywy Pracowniczej.


BK
Czytaj dalej...

Strajk częścią wolności związkowych! Przełomowe orzeczenie Międzynarodowego Trybunału Sprawiedliwości

Orzeczenie MTS zbiegło się z 35 rocznicą wprowadzenia Ustawy o rozwiązywaniu sporów zbiorowych z 23. maja 1991 - najbardziej restrykcyjnej ustawy regulującej strajki w całej Unii Europejskiej, wywodzącej się z okresu stanu wojennego w PRL.

MTS wydał 21 maja 2026 roku opinię doradczą, uznającą że strajk jako odmowa pracy jest chroniony konwencją 87 Międzynarodowej Organizacji Pracy dotyczącą wolności związkowej i ochrony praw związkowych. Polskie państwo ratyfikowało tą konwencję w 1957 roku. Opinia MTS oznacza, że narzędzie strajku jest jedną z wolności związkowych, a jego regulacja podlega wyłącznie wewnętrznym statutom i regulaminom związku zawodowego.

Zgodnie z artykułem 3.1 Konwencji w rozdziale Wolności związkowe:
“Organizacje pracowników i pracodawców mają prawo opracowywania swych statutów i regulaminów wewnętrznych, swobodnego wybierania swych przedstawicieli, powoływania swego zarządu, działalności oraz układania swego programu działania”.

W swoim wyroku z 21 maja 2026, MTS uznał, że strajk jest jedną z form działalności chronionej tym przepisem. Rola państwa powinna sprowadzać się do prawnych gwarancji bezpieczeństwa pracowników do korzystania z wolności związkowych. Zgodnie zaś z art. 3.2: 

“Władze publiczne powinny powstrzymać się od wszelkiej interwencji, która by ograniczała to prawo lub przeszkadzała w jego wykonywaniu zgodnie z prawem”. 

Opinia MTS kończy wieloletni kryzys instytucjonalny wokół gwarancji prawa do strajku w Międzynarodowej Organizacji Pracy. Po upadku bloku komunistycznego w 1989 roku przedstawiciele pracodawców w tak zwanym Komitecie ds. Standardów MOP zaczęli podważać opinię, że konwencję 87 dotyczącą wolności związkowych należy interpretować jako gwarantującą prawo do strajku. Jeszcze w 1984 roku komisja śledcza MOP potępiła stan wojenny w Polsce i wprowadzony zakaz strajków w oparciu właśnie o tą samą konwencję, którą zaczęto podważać po 1989.

Przez kolejne lata międzynarodowi przedstawiciele pracodawców odmawiali badania zgłaszanych do MOP przypadków naruszania prawa do strajku w świetle konwencji dotyczącej wolności związkowych. Próbie paraliżu decyzyjności MOP w tym zakresie towarzyszyły drastyczne przemiany gospodarcze we wschodniej Europie w ramach lokalnych wersji Strukturalnych Programów Dostosowania (SAP, Structural Adjustment Programs). Wdrażanie masowej prywatyzacji i deregulacji spotykało się z masowymi protestami pracowników i falami strajków.

Konflikt wokół gwarancji bezpieczeństwa dla strajkujących w ramach Międzynarodowej Organizacji Pracy ostatecznie trafił do Międzynarodowego Trybunału Sprawiedliwości na wniosek samego MOP. Dzisiejsza opinia doradcza Trybunału kończy wieloletni spór na korzyść pracowników i związków zawodowych. 

Co to oznacza dla Polski? Orzeczenie MTS zbiegło się z 35 rocznicą wprowadzenia Ustawy o rozwiązywaniu sporów zbiorowych. Ta ustawa drakońsko ingeruje w organizację strajku w Polsce. Wprowadzono ją w okresie tak zwanej szokowej terapii Balcerowicza w 1991. Powielała założenia ustawy wprowadzonej w chwili innego szoku - stanu wojennego który zdusił demokratyzację stosunków społecznych po zwycięskim strajku powszechnym w sierpniu 1980. Cel obu ustaw - dekretu Rady Państwa z 1982 i ustawy rządu z kręgów “Solidarności” w 1991 - był podobny: powstrzymać wpływ robotników na państwo w okresie gwałtownych przemian.

Ustawa z 23 maja 1991 roku obowiązuje w Polsce do dziś. Jest to jedno z głównych narzędzi utrzymania pozycji Polski jako zaplecza taniej siły roboczej dla Unii Europejskiej. Zakazuje wysuwania żądań politycznych do władz, zabrania organizacji strajku powszechnego, zabiera narzędzie strajku wielu grupom zawodowym, a przed jego podjęciem wymusza podejmowanie szeregu formalnych kroków, często niemożliwych do spełnienia.

Związki zawodowe wystosowały w tej sprawie List Otwarty do Premiera RP Donalda Tuska z okazji święta 1 maja 2026. Domagają się w nim wyjęcia strajku z drakońskiej Ustawy o sporach zbiorowych i zniesienia wymogu referendum z frekwencją 50 procent wśród ogółu pracujących. Przytaczamy fragment Listu:

“Zasady prowadzenia sporów zapisane w ustawie [o rozwiązywaniu sporów zbiorowych] nie przystają do realiów działalności związkowej we współczesnej gospodarce. Narzuca ona na związki zawodowe restrykcje nieznane w Europie. Wymóg osiągnięcia frekwencji 50 procent w referendum strajkowym wśród ogółu załogi oznacza w praktyce zakaz strajku dla pracowników zatrudnionych w zakładach jednej firmy rozsianych po całym kraju. Ustawa warunkuje też prawo do podjęcia strajku przejściem mozolnej procedury rokowań, mediacji i referendum. Odebranie prawa do bezterminowej odmowy pracy przed lub w trakcie negocjacji nadaje tym negocjacjom funkcję przeciągania sporu i zniechęcania lub zastraszania załogi w nadziei, że ta porzuci swoje postulaty.

Międzynarodowe korporacje wykorzystują także ogromne różnice w regulacjach prawa do podjęcia strajku w Polsce i sąsiednich krajach UE aby narzucać nam gorsze warunki pracy i podważać pozycję negocjacyjną związków zawodowych na zachodzie. Przy pomocy obecnej ustawy, państwo polskie uprawia dumping socjalny w Europie”.

Dziś w 35 rocznicę wprowadzenia drakońskiej Ustawy de facto zakazującej zbiorowej odmowy pracy milionom pracowników w Polsce, głos niezależnych związków zawodowych w Polsce poparł Międzynarodowy Trybunał Sprawiedliwości. Domagamy się od władz niezwłocznych działań: wyjąć strajk z Ustawy z 23 maja 1991, znieść przymus referendum! Dziś polskie przepisy nie są dostosowane do konwencji które ratyfikowało nasze państwo. Ustawa o rozwiązywaniu sporów zbiorowych nie realizuje prawa wynikającego z przepisów MOP. Związki zawodowe walczące z państwowymi restrykcjami na strajk powinny i mogą obecnie korzystać z gwarancji bezpieczeństwa przy organizacji strajku w oparciu o własne wewnętrzne regulaminy zgodnie z konwencją 87. Państwo nie powinno nam w tym przeszkadzać.


Bartosz Kurzyca,
komisja krajowa OZZ IP

Czytaj dalej...

ETS to przenoszenie produkcji i hańba dla ekologii. Dość zysków elit kosztem ludzi.

Wprowadzony w imię ochrony środowiska, Europejski System Handlu Emisjami (ETS) stał się mechanizmem spekulacji i pogarszania warunków pracy w krajach UE. Na handlu emisjami korzystają potężne instytucje finansowe i międzynarodowe korporacje, a tracą górnicy, rolnicy i ogół mieszkańców Polski i Europy. System narzucił ogromne koszty produkcji w Polsce i innych krajach UE, a zwolnił z tych kosztów „śladu węglowego” import spoza Unii. W efekcie, stał się też mechanizmem przenoszenia produkcji do krajów poza UE, które tną koszty ignorując prawa pracownicze i normy środowiskowe. ETS faworyzuje biznes w krajach, gdzie protesty są łamane pałką, a za strajki idzie się do więzienia. W Polsce ten system promujący import zrobił z portu przeładunkowego w Gdańsku jedną z największych “kopalni” węgla.

Niemal połowa importu węgla do Polski pochodzi dziś z Kazachstanu, gdzie większość kopalni kontrolują już prywatne koncerny. Stężenie metanu w surowcu jest tam dwu-, a nawet trzykrotnie wyższe niż w polskim węglu, rekordowe wycieki są tuszowane przez tamtejsze elity, a odzysku energii z metanu w zasadzie się nie praktykuje (w Polsce do 70 procent metanu przetwarza się na energię elektryczną i cieplną, w czym nasz kraj jest europejskim liderem). Do zbuntowanych robotników w Kazachstanie policja strzela z ostrej amunicji. W dodatku, władze UE zniosły w 2025 roku sankcje na import kazachskiego węgla przez rosyjskie porty. W efekcie, w imię transformacji energetycznej, UE zasila machinę wojenną Rosji i rozwija jej gospodarkę. Wobec braku realnej weryfikacji pochodzenia węgla w rosyjskich portach, nie da się też wykluczyć, że Unia importuje surowiec bezpośrednio z Rosji i terenów okupowanych.

Wskutek “zielonej transformacji” UE promującej outsourcing, korporacje w Kazachstanie ogłosiły wzrost wydobycia o ponad 10 procent w 2026 roku. Tymczasem w Polsce, gdzie sektor górniczy jest wysoce uzwiązkowiony, a więc normy środowiskowe i prawa pracownicze są znacznie bardziej przestrzegane, w tym roku zaplanowano redukcję zatrudnienia w górnictwie węglowym ze 102 tysięcy osób do około 60 tysięcy. Liczba ta spadła już do 72 tysięcy w maju 2026 r.).

Poprzez przenoszenie produkcji, system ETS podważył to, co w Polsce przez dekady wywalczyli sami pracownicy i niezależne związki zawodowe. To właśnie ludzie pracujący w branży przemysłu i wydobywczej – hutnicy czy górnicy – od zawsze są szczególnie narażeni na czynniki szkodliwe. W ciągu ostatnich dekad, ponad 200 górników w Polsce zginęło w wyniku wybuchów i zapaleń metanu. Walcząc o swoje zdrowie i życie, to ci pracownicy wymusili przestrzeganie norm ochrony środowiska jeszcze w PRL.

To niedopuszczalna manipulacja, gdy obrońcy ETS i środowiska mieniące się w Polsce jako progresywne, traktują walkę pracowników w Polsce o dobre warunki pracy i przeciwko przenoszeniu przemysłu do krajów gdzie panuje zamordyzm, jak walkę “zacofanych ludzi” z “nieuchronnym rozwojem”. W praktyce, to ślepa wiara w dobrodziejstwo spekulacji emisjami doprowadza do głębokiego regresu w długiej historii walki samych pracowników o ochronę swojego zdrowia i środowiska.

Dopiero dziś, w 2026 roku, elity UE pod naciskiem związków zawodowych próbują narzucić na import towarów wysokoemisyjnych równe zasady handlu emisjami (tzw. mechanizm CBAM). Nie można się dziwić brakowi wiary w realne skutki nowych zmian. Oparcie ochrony środowiska na spekulacji finansowej, a nie na realnej kontroli pracowniczej i społecznej, z zasady uderza w zwykłych ludzi i przynosi zyski międzynarodowym korporacjom.

Dlatego popieramy postulat związków zawodowych sektora przemysłu o zniesieniu Europejskiego Systemu Handlu Emisjami (ETS). Nie ma ochrony środowiska bez ochrony zdrowia i dobrobytu pracowników.

Pamiętajmy jednak z historii transformacji w Polsce po 1989 roku, że nie wystarczy samo zniesienie systemu ETS, żeby zatrzymać przenoszenie produkcji do tańszych krajów bez praw pracowniczych i norm ochrony środowiska. Terapia szokowa Balcerowicza oznaczała intensywną likwidację zakładów pracy w przemyśle, gdzie pracownicy mieli większą kontrolę nad warunkami pracy. Nasz kraj nadal niszczą politycy, którzy promują deregulację, prywatyzację i niszczenie związków zawodowych, czy wolny handel z krajami pozbawionymi norm środowiskowych. Taki dziki kapitalizm skutkuje pogarszaniem warunków pracy, standardów ochrony środowiska, czy jakości spożywczych artykułów.

Nie potrzebujemy więcej spekulacji, outsourcingu i kolejnych eksperckich, elitarnych programów pozbawionych kontroli społecznej. Ludziom pracy potrzebne są takie rozwiązania, które skupią się na poprawie ich bytu. Zamiast spekulacji i outsourcingu w imię ekologii, potrzebujemy żeby milionerzy podzielili się zyskami, które im wytwarzamy: świata nie uratuje ETS ale większa stabilność zatrudnienia, skrócenie czasu pracy i zmniejszenie zabójczego tempa pracy. Tego programu nie wdrożą unijne elity, tylko niezależny ruch pracowniczy.

Solidarność z górnikami ze Śląska i Lubelszczyzny walczącymi 20 maja o godne miejsca pracy.

Komisja krajowa Ogólnopolskiego Związku Zawodowego Inicjatywa Pracownicza
Czytaj dalej...

Przeciwko krótkowzroczności – akcja „3% dla nauki, 100% dla Polski”

Uczelnia to zakład pracy, który skupia różne grupy zawodowe. To nie tylko pracownicy naukowi, a przede wszystkim dydaktycy, administracja, laboranci, pracownicy techniczni, bibliotekarki i bibliotekarze, specjaliści wsparcia studentów i wiele innych osób, bez których uczelnia po prostu nie działa. Co z nimi w sytuacji, gdy strumień pieniędzy z subwencji ministerialnych kierowany jest w pierwszej kolejności do naukowców-dydaktyków?

W praktyce ta wielość grup oznacza nie tylko hierarchizację prestiżu wewnątrz uczelni, lecz także hierarchizację bezpieczeństwa zatrudnienia, poziomu wynagrodzeń i dostępu do instytucjonalnego wsparcia. Im dalej od działalności punktowanej w systemie ewaluacji, tym częściej praca staje się niewidzialna, niedoszacowana i traktowana jako niepotrzebny koszt. A te nierówności napędza niedofinansowanie całego sektora edukacji wyższej w Polsce.

Pieniędzy na szkolnictwo publiczne brakuje. I rozumieją to wszyscy, także nasi szefowie. Jak napisano w „Stanowisku Zgromadzenia Plenarnego” Konferencji Rektorów Akademickich Szkół Polskich (dokument z 27.11.2025):
Z zaniepokojeniem przyjmujemy projekt budżetu państwa na 2026 rok, w którym wydatki na naukę i szkolnictwo wyższe zostały zaplanowane na poziomie nieco ponad 1% PKB. Jest to najniższy wskaźnik od początku reformy zapoczątkowanej ustawą z 2018 roku. Co więcej, zaprojektowane nakłady są kilkukrotnie niższe od średnich wydatków w państwach należących do OECD.

My także przyjmujemy tę informację z niepokojem. I szykujemy się do protestu całego naszego środowiska: organizowanej oddolnie akcji „3% dla nauki, 100% dla Polski”, w tym planowanej w jej ramach demonstracji. Komisje akademickie Inicjatywy Pracowniczej, zrzeszone w sieci Koordynacji Branżowej Nauki i Edukacji, w środę, 27.05.2026 b.r., o godz. 13:00 (!!!) będą pod Sejmem, by wykrzyczeć sprzeciw wobec narzucanych przez Ministerstwo polityk „zaciskania pasa”.
Przypomnijmy pokrótce, jakie są konsekwencje dominującej polityki głodzenia uniwersytetów. I jak nielogiczna jest ta neoliberalna logika, w myśl której wymaga się od nas jako pracowników-akademików konkurencyjności, innowacyjności, wysokiej jakości badań oraz dydaktyki, przy równoczesnym ograniczaniu finansowania i systematycznym osłabianiu materialnych podstaw funkcjonowania naszych zakładów pracy. 

Pracownicy sektora nauki muszą mieć za co żyć”
“Stabilne i godne warunki dla studentów i doktorantów”

Tak brzmią pierwsze dwa postulaty zaplanowanej na 27 maja demonstracji „3% dla nauki, 100% dla Polski”.

Wiemy, że przeważająca liczba osób studiujących, także doktoryzujących się, zmuszona jest łączyć naukę czy prowadzenie badań z pracą zarobkową. Dotyczy to także młodych stażem pracowników. Jak powiedział w czwartek (14.05.2026)  minister Marcin Kulasek (podczas rozmowy z Beatą Lubecką w programie „Trzy pytania na koniec dnia” – zob. fragmenty wywiadu na naszym profilu FB lub IG):

Sytuacja jest ekstraordynaryjna, tych pieniędzy nie ma tyle. A jeszcze, żeby była jasność, też są inne możliwości, z których można… Można skorzystać, żeby tą pensję zwiększyć. I większość naukowców tak robi…

Dostęp do edukacji wyższej jest coraz silniej uzależniony od statusu ekonomicznego. Nierówności nie kończą się jednak na etapie studiowania — one wchodzą w samą strukturę kariery akademickiej. Jak szukać pracy na uczelniach publicznych? Jak ktoś, kto kocha naukę i aspiruje do tego, by w przyszłości ją współtworzyć, ma odnaleźć się w tym systemie? Trzeba mieć mocne „plecy” albo obrócić własne badania w maszynkę do punktów z ministerialnej listy czasopism (i do podążających za tymi punktami grantów). Połamania nóg, jeśli początek kariery uzupełniać musisz pracą po godzinach. Ilu pasjonatów zostaje wypchniętych z systemu jeszcze zanim na dobre zacznie pracę? [zob. M. Jakubowiak, Koniec z Akademią, „Dwutygodnik”]

Szkolnictwo wyższe, które z założenia powinno być niekomercyjne, ulega komercjalizacji.  Uniwersytety coraz rzadziej są postrzegane przez ich decydentów-władze jako „dobro wspólne”. W polskiej akademii pieniędzy brakuje nie tylko na prowadzenie badań. Publiczna infrastruktura socjalna jest systematycznie wygaszana albo oddawana w ręce prywatnego biznesu: zamiast tanich stołówek dla studentów i pracowników – co by wspomnieć kluczowe postulaty studenckich inicjatyw naszego Związku –  uczelnie otwierają przestrzeń dla lokali „Premium”, dostępnych dla wybranych (jak w przypadku BUW). Dorzućmy do tych trudności system stypendiów i wsparcia socjalnego: pomoc dla studentów i doktorantów od lat pozostaje niewystarczająca, a wysokość świadczeń symboliczna względem realnych kosztów życia. Studenci są „konsumentami”, których należy zadowolić jak najmniejszym kosztem: obcina się programy, zatrudnia dydaktyków na śmieciówkach, przyjmuje się na studia więcej ludzi niż pozwala na to infrastruktura. Do komercjalizacji edukacji wyższych wykorzystywany jest neoliberalny język „efektywności”, „konkurencyjności” i „nowoczesności” Włodarze akademii kopiują metody z biznesu: podkręcają i mnożą wymogi, a zmiany skrupulatnie wpisują do tabelek oceny okresowej; wprowadzają parametryzacje, audyty, systemy kontroli i rozliczania pracy.

W przywołanym wywiadzie z ministrem Marcinem Kulaskiem Beata Lubecka przypomina: w Polsce są instytucje badawcze, w których pensja zasadnicza doktora zatrudnionego na stanowisku asystenta przekracza płacę minimalną o całe 19 złotych… W odpowiedzi minister namawia młodych stażem akademików do szukania dodatkowych fuch. Mowa o grantach, pracy w czasopismach czy dodatkowych zleceniach dydaktycznych, często w obrębie tej samej uczelni (zob. niżej). Tylko czy publiczna nauka i edukacja powinna opierać się na „dorabianiu po godzinach”? Zwłaszcza, że kultura organizacyjna naszych zakładów pracy także w tym wypadku wzmacnia nierówności. Jedni mają przychylnych promotorów, kierowniczki, tym samym dostęp do sieci kontaktów, projektów i dodatkowo płatnych aktywności. Inni wykonują równie potrzebną pracę, opierając się na „suchej” pensji. A praca tych pierwszych nie istnieje bez drugiej grupy. Nie, minister nie ma racji: nie każdy w akademii może skorzystać i swoją pensję zwiększyć.

Dodam, że uczelnie to instytucje wyjątkowo podatne na ułudę „kultury zap***rdolu”. Pracownik akademicki — z definicji zobowiązany do ciągłej samodyscypliny, „samozarządzania” i samomotywacji — jak mało kto ucieleśnia dziś proces podporządkowywania życia pracy (wszak monetaryzuje własną pasję!). Dotyczy to nie tylko czasu poświęcanego na badania i dydaktykę, lecz także zadań organizacyjnych i form współpracy, które podtrzymują proces produkcji wiedzy, i które coraz częściej zostają wciągnięte w logikę akademickiej konkurencji. Jak podkreśla Franciszek Chwałczyk, praca akademicka to także praca emocjonalna: często realizowana w samotności, w modelu, który nas polaryzuje i zmusza do ciągłego porównywania wyników, nie dając wglądu w to, ile realnie pracują inni. Nic dziwnego, że jednym z podstawowych rytuałów życia akademickiego stało się nieustanne narzekanie na przepracowanie. Z jednej strony jest to wyraz realnego przepracowania; z drugiej strony — to nasz sposób maskowania lęku przed tym, że robimy „za mało”, publikujemy „za mało”. Presja nas przerasta.

W akademii porównujemy się więc przez pryzmat efektów, ignorując, jak bardzo różnią się warunki naszej pracy. Jako akademickie komisje IP bijemy na alarm: na publicznych uczelniach narzędziem zarządzania kadrami stają się umowy cywilnoprawne. Moje koleżanki i koledzy z pracy latami uczą studentów w oparciu o śmieciówki, w stanie chronicznej niepewności, bez prawa do elementarnego bezpieczeństwa socjalnego i bez pewności, czy za kilka miesięcy nadal będą mieli z czego opłacić czynsz, z kalendarzem akademickim podzielonym na kolejne aneksy i kolejne obietnice (“może od października coś się uda…”); formalnie dostają wynagrodzenie wyłącznie za liczbę przeprowadzonych godzin, w praktyce za darmo przygotowują sylabusy (dokumenty z planami kursów) i materiały dydaktyczne, sprawdzają kolokwia i egzaminy, odpisują na maile osób studiujących, prowadzą obowiązkowe konsultacje, dyżurują przed poprawkami, wpisują oceny do systemów, wypełniają dokumentację i organizują zajęcia, wykonując dziesiątki godzin niewidzialnej pracy, bez której uczelnia po prostu nie byłaby w stanie funkcjonować, a studenci — uczyć się. Trudno skupiać się wyłącznie na własnych problemach, kiedy obok pracują osoby, które z semestru na semestr nie wiedzą, czy nadal będą miały zatrudnienie, nie mają podstawowej ochrony pracowniczej i praktycznie żadnego wpływu na decyzje podejmowane na uczelni.

Równolegle rośnie grupa pracowników projektowych, utrzymujących się z grantów, funkcjonujących poza systemem awansów, wyłączonych z mechanizmów waloryzacji płac i równie często pozbawionych elementarnego bezpieczeństwa zatrudnienia. Nasze koszule, żakiety czy marynarki wyglądają tak samo, a warunki pracy to temat tabu, napędzany przez niesprawiedliwe warunki pracy, podtrzymywany przez poczucie wstydu i nasze własne kompleksy: dyskryminacji i nierówności nie widać, gdy mijamy się na wydziałowych korytarzach.

Neoliberalizacja edukacji wyższej w Polsce, czyli demontaż demokracji

Powiedzmy jeszcze o tym, jak neoliberalna logika demontażu uniwersytetu wykracza poza mury uczelni i jak wpływa na szersze życie społeczne i polityczne. Dekadę temu ukazała się pewna książka: Demontaż „demosu”. Neoliberalna cicha rewolucja (Undoing the Demos: Neoliberalism’s Stealth Revolution, wyd. Zone Books 2015). Jej autorka, Wendy Brown, analizuje przemiany demokracji i życia publicznego wywołane przez neoliberalizm – rozumiany nie tylko jako model gospodarczy, lecz przede wszystkim jako dominująca „racjonalność”, ideologia podporządkowująca wszystkie obszary życia logice rynku (s. 31). Przy czym Brown pokazuje, że współczesne państwo, instytucje publiczne i sami obywatele zaczynają dziś funkcjonować niemal jak przedsiębiorstwa; człowiek zostaje sprowadzony do roli „kapitału ludzkiego”. To przekłada się na język: demokracja, równość czy autonomia polityczna są stopniowo wypierane przez kategorie wzrostu gospodarczego, konkurencyjności i efektywności ekonomicznej (patrz słynne „there is no such thing as society” M. Thatcher: nie ma społeczeństwa, jest tylko rynek i konkurujące ze sobą jednostki).

Ostatni rozdział książki dotyka problemu degradacji i „głodzenia” publicznych uniwersytetów. Jak przekonuje Brown, coraz trudniej wyjaśnić, dlaczego uniwersytety, biblioteki, szkoły czy parki miałyby pozostać publicznie dostępne i finansowane ze środków publicznych. Coraz częściej zakłada się, że koszty ich funkcjonowania powinni ponosić wyłącznie ci, którzy  „konsumują” usługi oferowane przez te instytucje. W tym sensie neoliberalizacja szkolnictwa wyższego osłabia demokratyczną funkcję nauki, redukując ją do narzędzia produkcji kapitału i wzrostu gospodarczego. Akademia przestaje kształcić obywateli do uczestnictwa w życiu publicznym, a zaczyna wytwarzać „kapitał ludzki” – jednostki zobowiązane do nieustannego zwiększania swojej rynkowej wartości. Rosnąca presja na kształcenie zawodowe i badania o bezpośredniej użyteczności rynkowej podważa zarazem autonomię uczelni, wolność badań i edukację rozwijającą krytyczne myślenie (s. 183). Przy okazji redefinicji ulega sama demokracja: zamiast przestrzeni wspólnego działania i sporów o dobro wspólne staje się domeną ekspertów, wskaźników efektywności i ekonomicznych kalkulacji.

Sytuacji nie pomaga import do Europy amerykańskich wojen kulturowych i narracji politycznych made in USA, krytykujących nie tylko wydatki na sektor publiczny, lecz także samych naukowców: atakując ich jako darmozjadów, kastę utrzymującą się z pieniędzy (innych) podatników; uprzywilejowaną grupę, której działalność ma zerową wartość gospodarczą czy wręcz ujemną wartość społeczną (patrz: krytyka „liberalnych” elit akademickich na prawej flance; narracje podważające antropogeniczny charakter kryzysu klimatycznego etc.). Akademia w Ameryce została zepchnięta do defensywy, politycy zaczęli definiować ją nie jako część rozwiązania, lecz źródło problemów [zob. Unmaking the public university Christophera Newfielda, 2011].

Konsensus między amerykańską prawicą i lewicą: (1) pieniędzy publicznych na szkolnictwo wyższe nie ma i nie będzie; (2) uczelnie wymagają restrukturyzacji w celu zwiększenia ich efektywności – rzecz jasna, w sposób podporządkowany przede wszystkim potrzebom rynku i oczekiwaniom dominujących klas ekonomicznych. Pierwszy punkt odhaczony także i w Polsce. Postarajmy się, by odwrócić ten trend, zanim lokalni liberałowie i prawica podadzą sobie ręce także w punkcie drugim.

***

Potrzebujemy natychmiastowej zmiany kursu, ta jednak nie wydarzy się sama. Nie dokona się ani poprzez kolejne technokratyczne reformy, ani przez korekty wskaźników czy administracyjne „usprawnienia”. Wymaga realnej koalicji sił społecznych i politycznych oraz skupienia zasobów, które pozwolą wyznaczyć alternatywny kierunek rozwoju publicznych uczelni. Przy czym walka o finansowanie nauki i zmianę polityki wobec szkolnictwa wyższego nie może być traktowana jako techniczna kwestia budżetowa: musi być zakorzeniona w istniejących strukturach politycznych i ruchach społecznych: w związkach zawodowych działających na uczelniach i poza nimi, w organizacjach i grupach studenckich i formach samoorganizacji społecznej.


Jan Skarbek-Kazanecki
Koordynacja Branżowa Nauki i Edukacji Inicjatywy Pracowniczej
Łódzka Komisja Akademicka IP


Dziękuję za korektę i uwagi Annie Romanowicz
z Komisji Międzyzakładowej przy Uniwersytecie Jagiellońskim




Czytaj dalej...

W obronie nauki jako dobra publicznego. Stanowisko OZZ Inicjatywa Pracownicza dla akcji "3% na naukę, 100% dla Polski"

STANOWISKO OZZ INICJATYWA PRACOWNICZA W SPRAWIE AKCJI „3% NA NAUKĘ, 100% DLA POLSKI”

Nauka to praca, a nie hobby!

Ogólnopolski Związek Zawodowy Inicjatywa Pracownicza w pełni popiera postulaty akcji „3% na naukę”. Jako komisje z sektora nauki i edukacji, reprezentujące osoby zatrudnione na uczelniach i w instytutach badawczych oraz osoby studiujące, zrzeszone w kołach młodych, domagamy się natychmiastowego zwiększenia nakładów na naukę do poziomu 3% PKB. Postulaty nie dotyczą wyłącznie finansowania badań – to walka o godność pracowników i przetrwanie publicznej edukacji.

Dlaczego musimy wyjść na ulice?

Od lat polska nauka funkcjonuje przede wszystkim dzięki entuzjazmowi i zaangażowaniu osób w niej pracujących.. Podczas gdy koszty życia drastycznie rosną, realna wartość naszych pensji spada. Niewydolny system grantowy zmusza nas do ciągłej, niepewnej rywalizacji, a brak stabilnego finansowania niszczy ciągłość badawczą i dydaktyczną.

Dla Inicjatywy Pracowniczej kluczowe są dwa aspekty:

  1. Solidarność wszystkich grup pracowniczych: Walka o 3% PKB to nie tylko walka o pensje profesorskie. To walka o godne życie kadry administracyjnej, technicznej, bibliotecznej oraz o stypendia pozwalające na przeżycie doktorantom i studentom.
  2. Prawo do strajku: Dialog z władzą przez lata okazywał się nieskuteczny. Wierzymy, że jedynym skutecznym narzędziem zmiany jest protest i masowa mobilizacja. Musimy pokazać, że bez nas uczelnie przestają istnieć, a bez nauki państwo staje w miejscu.

Wszyscy pod Sejm!

Struktury Inicjatywy Pracowniczej na uczelniach i w instytutach naukowych w całym kraju rozpoczynają pełną mobilizację. Same petycje do polityków nie wystarczą: musimy być widoczni i głośni tam, gdzie zapadają decyzje finansowe o przyszłości nauki i edukacji!

Wzywamy wszystkie osoby zatrudnione w sektorze nauki oraz osoby studiujące do przyjazdu pod Sejm RP 27 maja. Walka o fundusze dla nauki i zmianę kursu politycznego w szkolnictwie wyższym wymaga trwałej koalicji różnych środowisk: społecznych, politycznych, organizacji związkowych. Tylko razem możemy wymusić na rządzących realne zmiany!

3% na naukę – teraz!

Solidarność naszą bronią!

 

Z wyrazami solidarności i szacunku,


OZZ Inicjatywa Pracownicza 

Koordynacja Branży Nauki i Edukacji OZZ IP 

 

Czytaj dalej...

Szlachetny poryw społeczny czy dowód zapaści NFZ?

Zbiórka Łatwoganga na chore dzieci była akcją charytatywną na rzecz Fundacji Cancer  Fighters, która pomaga rodzinom, w których są osoby chorujące na nowotwory. Kluczowym  elementem przedsięwzięcia był dziewięciodniowy live stream prowadzony przez Piotra  Garkowskiego, znanego w internecie szerzej jako Łatwogang. Transmisja przyciągnęła  celebrytów, sportowców, influencerów, polityków oraz media. Darczyńcy i internauci  masowo wpłacali pieniądze. Początkowy cel wynosił 500 tys. zł, ale zbiórka bardzo szybko  przerodziła się w ogólnopolskie wydarzenie internetowe, w trakcie którego udało się zebrać  już ponad 280 mln zł (stan na 30.04.2026). 

Polacy, tak samo jak w 2022 roku po agresji Rosji na Ukrainę lub w 2024 roku, gdy  pomagali powodzianom, również teraz pokazali, że stać ich na wspaniałe akty solidarności i zbiorowej mobilizacji. Zebrane miliony bezapelacyjnie budzą podziw, jednak  przedsięwzięcie powinno być punktem wyjścia do rozmowy o stanie publicznej służby  zdrowia i jej finansowaniu. 

Zbiórkę ochoczo wspierali również ci, którzy w sejmie głosowali za obniżeniem składki  zdrowotnej oraz za tegorocznym budżetem, w którym luka finansowania Narodowego  Funduszu Zdrowia wynosi 23 miliardy złotych. To nic innego jak wykorzystywanie  momentu w celu zbijania kapitału politycznego. 

Akcję poparło również wiele prywatnych przedsiębiorstw. W tym znana firma kurierska, która znana jest z zatrudniania kurierów na B2B. Jej właściciel szczycił się wpłaceniem datku  w wysokości ponad sześciu milionów złotych. Warto zaznaczyć, że NFZ zyskałby w ciągu  dwóch miesięcy około 7,4 mln zł., gdyby kurierzy zostali zatrudnieni na umowę o  pracę*. Przypadek zbiórki Łatwoganga zbieżny jest z tą organizowaną przez WOŚP, na której  pracownicy publiczni też ocieplają swój wizerunek. Trzeba wspomnieć, że WOŚP przez 33 lata działalności zebrał 2,8 mld zł , co jest kwotą równoznaczną z 1% rocznego budżetu  przeznaczanego na NFZ.

*Szacunki dla 8 tys. kurierów przy zarobkach wynoszących 6 tys. złotych.

Polska jest 20. gospodarką świata – jako państwo powinna odgrywać swoją podstawową  rolę, jaką jest dbanie o zdrowie każdego swojego obywatela. Rządzący powinni zapewniać  równy dostęp do świadczeń opieki zdrowotnej finansowanej ze środków publicznych.  Jednocześnie planowane nakłady budżetowe mają wynosić 6,8% PKB, czyli wyraźnie poniżej  średniej unijnej wynoszącej ok. 10% PKB. W szpitalach już teraz dochodzi do przekładania  wizyt, zamykania oddziałów, a nawet niewypłacania całości pensji pracownikom z powodu  braku wystarczających środków. Taka sytuacja prowadzi do dalszej prywatyzacji służby i  pogłębiania się nierówności społeczno-ekonomicznych.

Long term healthcare as a share of current healthcare expenditure 2023 HCE2025

W Unii Europejskiej każde państwo samodzielnie organizuje system opieki zdrowotnej. Za  pozytywne przykłady najczęściej uchodzą Holandia i Norwegia, która formalnie nie należy  do wspólnoty, ale jest silnie zintegrowana z UE. Kraje te posiadają zupełnie odmienne modele tego systemu, co świadczy o tym, że nie ma tylko jednego dobrego rozwiązania. 

W Holandii funkcjonuje model mieszany, który łączy sektor publiczny z prywatnym.  Wszyscy obywatele zobowiązani są do wykupienia prywatnego ubezpieczenia, ale firmy,  które je zapewniają, działają pod silnym nadzorem państwa. Rząd odpowiedzialny jest za  monitorowanie dostępu, jakości oraz ceny świadczeń zdrowotnych. Dodatkowo opłaca  ubezpieczenie każdego z obywateli poniżej osiemnastego roku życia oraz dopłaca do niego  osobom mniej zamożnym. Sam system finansowany jest ze składek, podatków oraz dopłat z 

budżetu. Rozwiązanie holenderskie jest w dużej mierze progresywne – bogatsi płacą więcej  przez podatki i składkę dochodową, a biedniejsi dostają dotacje. W efekcie wydatki na  zdrowie pokrywane z własnej kieszeni znajdują się tam wyraźnie poniżej średniej Unii  Europejskiej.

Out of pocket expenditure in EU countries 2019 LTC long term care

W Norwegii opieka zdrowotna jest powszechna i dostęp do niej ma każdy obywatel. Państwo  ustala ogólne zasady i finansowanie, gminy odpowiedzialne są za podstawową opiekę  zdrowotną, a regiony odpowiadają za dostęp do lekarzy specjalistów. System opłacany jest  głównie z podatków oraz składek, zależnych od dochodów oraz subwencji rządowych. 

Pacjenci płacą niewielkie ceny za dostęp do niektórych usług, jednak istnieje roczny limit  wydatków z kieszeni, po ich przekroczeniu chory chroniony jest przed dalszymi kosztami.  Rezultaty? Wyraźny poniżej średniej UE wskaźnik śmiertelności, ryzyka popadnięcia w  ubóstwo, wysoki wskaźnik oczekiwanej długości życia oraz oczekiwanych lat przeżytych w  zdrowiu. 

W Polsce system jest degresywny, najbardziej obciąża ludzi o niskich i średnich dochodach.  Jednocześnie zachęca najzamożniejszych do przechodzenia na jednoosobowe działalności  gospodarcze celem optymalizacji podatkowej. Większość samozatrudnionych zarabia  znacznie więcej niż pracownicy etatowi, ale płaci znacznie niższe składki. Jest to układ  wielce niesprawiedliwy. Dodatkowo zyski z kapitału, dochody z renty - które często są  źródłem dochodu najzamożniejszych obywateli – nie są objęte systemem składkowym. 

Obecna fala solidarności społecznej zasługuje na uznanie, ale jednocześnie powinna skłonić do poważnej rozmowy o stanie publicznej ochrony zdrowia. To, że w kraju należącym do 20 największych gospodarek świata leczenie chorych finansowane jest poprzez internetowe zbiórki, powinno być powodem do wstydu dla państwa. ,,Polska stała się krajem internetowych zrzutek. Ogromne gratulacje dla wszystkich wpłacających – wyręczyliście służbę zdrowia, ale dość już tego” - mówił w 2023 zmarły poseł Łukasz Litewka.

Latifa Majewska
Polska Sieć Ekonomii

Czytaj dalej...

Strajk to też nasza sprawa. Kobiety, praca reprodukcyjna i walka o wolność strajkową

Kiedy mówimy o strajku, w głowie niejednej osoby pojawia się pewien obraz: robotnicy przed bramą fabryki, transparenty, banery, megafony. Obraz znany i utrwalony w historii ruchu pracowniczego. Dziś coraz częściej zwraca się uwagę, że to również obraz, z którego kobiety były systematycznie wypychane – albo spychane na jego margines, jako towarzyszki walki, nie jej podmiot. Tymczasem skutki represyjnej ustawy o rozwiązywaniu sporów zbiorowych nie są dla nas wszystkich jednakowe, a jedną z grup tracących przez obecne prawo najwięcej, są właśnie kobiety. Czas zacząć mówić to śmielej i częściej: walka o wolność strajkową jest walką feministyczną. I żadna organizacja kobieca, feministyczna, socjalna, nie powinna pozostać wobec niej obojętna.

Prawo, które nie istnieje dla większości

Zanim przejdziemy do kwestii płci, przypomnijmy, z czym mamy do czynienia. Ustawa o rozwiązywaniu sporów zbiorowych z 1991 roku skonstruowana jest w taki sposób, że prawo do strajku istnieje na papierze. W praktyce jest poza zasięgiem części siły roboczej. A grono, dla których strajk pozostaje mrzonką, się poszerza. Zanim dojdzie się do strajku właściwego, prawo wymaga bezpośrednich rokowań z pracodawcą, mediacji, sporządzenia protokołów rozbieżności, strajku ostrzegawczego trwającego maksymalnie dwie godziny. I przede wszystkim: referendum strajkowego, w którym musi wziąć udział co najmniej połowa załogi. To ostatnie wymaganie jest szczególnie absurdalne. Przeprowadzenie referendum w firmach rozproszonych po całym kraju – takich jak np. Amazon – graniczy z niemożliwością. Inicjatywa Pracownicza zorganizowała w Amazonie referendum trzykrotnie i ani razu nie udało się przekroczyć progu frekwencji – bo do wymogu frekwencji liczy się każdy magazyn. Blisko 95% głosujących opowiedziało się za strajkiem – a strajk i tak był w świetle prawa niemożliwy. Tak właśnie działa zakaz strajków ukryty pod płaszczem procedur.

Do tego dochodzi monopol związkowy: tylko organizacje związkowe mają prawo do wszczęcia sporu zbiorowego. Niezrzeszeni – a jest ich w Polsce zdecydowana większość – są z tej możliwości strukturalnie wyłączeni. Uzwiązkowienie w kraju utrzymuje się na poziomie niższym niż 7 procent. Trudno o inny stan rzeczy w społeczeństwie, które przez dekady karmiono indywidualistyczną propagandą, w której wspólne działanie przedstawiane jest jako naiwność, a czyjaś bieda – jak personalna porażka. 

Gdzie pracują kobiety?

Żeby zrozumieć, dlaczego ta ustawa jest problemem płciowym, musimy spojrzeć na strukturę zatrudnienia kobiet w Polsce. To kwestia konkretnych branż, form umów, zakładów pracy.

Kobiety stanowią większość zatrudnionych w sektorze opieki zdrowotnej i pomocy społecznej, edukacji, handlu detalicznym, usługach czystościowych, gastronomii i hotelarstwie. To sektory, które łączy kilka cech: niskie płace, wysoki udział umów cywilnoprawnych i tymczasowych, słaba lub żadna reprezentacja związkowa, duża rotacja pracownicza. Dokładnie to sprawia, że spełnienie wymogów ustawy o rozwiązywaniu sporów zbiorowych jest w praktyce niemożliwe. Elastyczność – słowo, które w świecie ekonomicznym brzmi atrakcyjnie – oznacza konkretnie: brak pewności dochodu, pewności zatrudnienia, możliwości planowania. Pracownica zatrudniona w takich warunkach ma zbyt wiele do stracenia, by poważnie rozważać strajk. Zastraszanie nie musi przyjmować formy werbalnych gróźb czy szantażu ze strony szefostwa, kiedy nad zyskami biznesu czuwają przepisy prawa.

Płeć, rzecz jasna, nie jest jedynym czynnikiem mającym wpływ na sytuację wewnątrz świata pracy. Migrantki, pracownice sezonowe, kobiety z niepełnosprawnościami – wśród tych grup ryzyko zatrudnienia poza standardowymi ramami prawnymi oraz bez (i tak okrojonych) praw pracowniczych – jest parokrotnie wyższa.

Praca, która nie istnieje dla prawa

To nie wszystko. Jest jeszcze cały obszar pracy, którego prawo w ogóle nie obejmuje, bo system nie uznaje jej za pracę. Mowa o pracy opiekuńczej i reprodukcyjnej: opiece (nad dziećmi, osobami starszymi, chorymi, niepełnosprawnymi), prowadzeniu domu (gotowaniu, praniu, zakupach, planowaniu budżetu domowego), nieustannej, całodobowej dostępności emocjonalnej.

Praca reprodukcyjna jest fundamentem, na którym stoi cały rynek pracy. Bez kogoś, kto odwozi dziecko do szkoły, siedzi z chorą matką, gotuje obiad – nie ma siły roboczej. Kapitał korzysta z tej pracy za darmo, a obciążenie nią spada nieproporcjonalnie na kobiety. To nie przypadek ani – wbrew konserwatywnym narracjom – naturalna kolej rzeczy. Ten stan może dalej istnieć dzięki niedofinansowaniu opieki publicznej, braku żłobków i przedszkoli. Jest to też wynik kultury, w której kobieta wracająca z ośmiogodzinnej (co najmniej) zmiany rozpoczyna drugą zmianę w domu – nieodpłatną, niewidoczną i nieuznawaną.

Ta praca ma też drugą twarz: kobiety wykonują ją nie tylko prywatnie, ale i zawodowo – jako opiekunki, pielęgniarki, nauczycielki, pracownice socjalne. Mówimy o sektorze publicznym – sfeminizowanym i chronicznie niedofinansowanym. To właśnie tam odsetek uzwiązkowienia jest najwyższy i najczęściej wszczyna się spory zbiorowe (tj. ustawa o sporach zbiorowych jest stosowana najczęściej). Pielęgniarki, nauczycielki, pracownice opieki społecznej dobrze wiedzą, co znaczy walczyć o godne warunki w gorsecie proceduralnych wymogów zaprojektowanych po to, by rozbrajać, a nie chronić.

Pamiętamy np. strajk nauczycielek i zawiłość procedur, który do niego doprowadził, zanim w ogóle można było legalnie przerwać pracę. Wystąpienie z żądaniami do faktycznych decydentów oznaczało konieczność skoordynowania w czasie setek sporów zbiorowych, które w świetle prawa były odrębne. Stroną sporu nie mogło być ministerstwo, od którego w praktyce zależało spełnienie postulatów – musiały nią być dyrekcje poszczególnych szkół. Gdyby nie przychylność tych ostatnich, które współpracowały ze związkami w dopełnianiu kolejnych wymogów formalnych, przeciągały rokowania w oczekiwaniu na resztę zakładów, czy podpisywały protokoły rozbieżności w odpowiednim momencie, do legalnego strajku prawdopodobnie by nie doszło. Ten proces pochłania energię i potrafi demobilizować załogę. W czasie gdy nauczycielki przedzierały się przez formalne obstrukcje (w każdej szkole z osobna!), politycy korzystali z każdego tygodnia zwłoki, by osłabiać morale, dzielić środowisko i rozkręcać medialną nagonkę. Ten sam problem dotyczy wszystkich pracownic sektora publicznego – jedynie pielęgniarki były w stanie go przezwyciężyć i zastrajkować na podobną skalę. 

Zakaz strajków jako narzędzie dyscyplinowania

Strajkowanie, w dużym uproszczeniu, było nielegalne przez parę dekad – strajki okupacyjne z 1970 czy 1980 nie były zgodne z prawem, o czym musimy pamiętać. W obliczu rejestracji pierwszego niezależnego związku zawodowego w państwie i fali strajków uchwalono w 1982 roku ustawę, która wprowadziła procedurę wręcz bliźniaczą do tej, którą znamy ze współczesnej ustawy o rozwiązywaniu sporów zbiorowych. W 1991 roku elity solidarnościowe miały szansę zerwać z antystrajkowym dziedzictwem PRL. Zamiast zburzenia restrykcji, zacementowano je w myśl agendy laureata pokojowej Nagrody Nobla i pierwszego przewodniczącego NSZZ „Solidarność”:

Nie dogonimy Europy, jeżeli zbudujemy silny związek.

Procedury, które mają sprawiać wrażenie demokratyczności, działają jak zwykły zakaz i zniechęcają do zorganizowanej walki w zakładach pracy. Dla kobiet ten zakaz działa podwójnie: z powodu form zatrudnienia i segmentacji rynku pracy oraz dlatego, że wykonywana przez nie praca nigdy nią w świetle prawa pracy nie była. Tymczasem zatrzymanie pracy reprodukcyjnej jest jednym z najpotężniejszych narzędzi politycznych dostępnych kobietom. Idea jest banalnie prosta: zatrzymajmy pracę, którą wykonujemy każdego dnia, a system runie. 

Dlaczego musimy działać razem?

Feminizm i ruch pracowniczy mają w Polsce skomplikowaną historię. Przez lata kwestie płci były traktowane jako wtórne wobec „prawdziwej” walki klasowej – i odwrotnie, organizacje kobiece niesłusznie unikały konfliktu z pracodawcami lub swoją uwagę skupiały na „wzmacnianiu przez reprezentację”, również w zarządach spółek. To rozdzielenie było kosztownym błędem. Kobiety, które pracują na śmieciowych umowach oraz dźwigają podwójny ciężar pracy zarobkowej i opiekuńczej, nie są ofiarami osobnego problemu. Jesteśmy trybikami w systemie potrzebującym taniej, dyspozycyjnej, zastraszonej siły roboczej. Ten system potrzebuje, żeby ta siła robocza nie umiała się zorganizować.

Ustawa o rozwiązywaniu sporów zbiorowych tworzy jeden z fundamentów tego systemu. Wyrzucenie jej do kosza nie wybuduje żłobków, nie zapewni asystencji osobistej, nie zalegalizuje aborcji, ani nie będzie przeciwdziałać przemocy ze względu na płeć. Ale da pracownicom i pracownikom najskuteczniejsze narzędzie zbiorowego oporu, czyli zatrzymania pracy. Strajk jest najgroźniejszą bronią w naszych rękach. Odebranie jej jest równoznaczne z naszym rozbrojeniem – bo siadanie do stołu negocjacyjnego w obecnym rygorze prawnym jest elementem długiej tułaczki, zamiast być szybką formalnością.

Czas na wolność strajkową

Mamy z grupami feministycznymi wspólny interes w tym, żeby ta ustawa przestała obowiązywać. Mobilizacja przeciwko zakazowi strajków nie jest osobną „kwestią pracowniczą” obok kwestii kobiecej. To fundamentalna walka o wolność – wolność organizowania się i odmawiania pracy w warunkach, które nas powoli zabijają. Pracownice i pracownicy muszą mieć swobodną, niekrępowaną możliwość zatrzymać się i powiedzieć: dość.

Dołączcie do mobilizacji Dość zakazu strajków! i zamaszerujcie z nami 1 maja o 12.00. Wyruszamy spod Sejmu.

 

Gabriela Wilczyńska

Czytaj dalej...

Za co mamy płacić..? Dzikie strajki czynszowe w Polsce

Strajk czynszowy to forma zorganizowanego działania polegającego na odmowie płacenia całości lub części czynszu do czasu spełnienia postulatów – najczęściej związanych z obniżką opłat lub poprawą warunków mieszkaniowych. Tam, gdzie relacja pomiędzy najemcą a instytucją pobierającą czynsz jest silnie asymetryczna, tam równie łatwo o napięcia i konflikty społeczne. Nic więc dziwnego, że kolektywna odmowa płacenia najczęściej pojawia się w sektorze mieszkań komunalnych i akademików. Dodajmy do tego, że strajki czynszowe pozostają domeną krajów z silną tradycją ruchów lokatorskich. Pytanie, czy polski ruch lokatorski jest dziś gotowy sięgać po tak radykalne formy oporu w walce o godne warunki mieszkaniowe?

Niewidzialny opór: strajki czynszowe w Polsce

W Polsce – gdzie zmiana ustroju politycznego w latach ‘90 dokonała się dzięki walkom związkowców – prawo strajkowe jest jednym z najbardziej restrykcyjnych w Europie. Obecnie funkcjonująca ustawa o rozwiązywaniu sporów zbiorowych jest reliktem przeszłości – kalką stawy wprowadzonej podczas stanu wojennego w 1981 r., z jej obwarowaniami prawnymi i restrykcyjnymi warunkami koniecznymi dla przeprowadzenia legalnego strajku. W takich warunkach trudno mówić o jakiejkolwiek równowadze między pracownikiem najemnym a jego pracodawcą.

Praca i mieszkanie najmocniej oddziałują na naszą codzienność, i z tej perspektywy można uznać, że strajki pracownicze i czynszowe powinny funkcjonować jako swoje wzajemne dopełnienia. Analogicznie, jako lokatorzy potrzebujemy takich narzędzi oporu, które w skuteczny sposób mogą zabezpieczyć nasze interesy. Decyzje właścicieli mieszkań determinują naszą codzienność – mogąc wpływać na najbardziej intymne aspekty naszego życia, odbierając nam poczucie bezpieczeństwa i stabilności, gdy tylko pojawi się konflikt interesów. Podobnie jak w przestrzeni miejsca pracy, tak tutaj widoczna jest silna dysproporcja, którą można zniwelować wprowadzeniem swobody używania skutecznych narzędzi kontroli społecznej.

W Polsce strajk czynszowy jest rzadko spotykany i właściwie nieobecny w oficjalnym dyskursie. Wynika to m.in. z braku jego prawnego uznania czy kultury organizowania się, gdzie ruchy lokatorskie korzystałyby z analogicznych narzędzi co ruchy pracownicze. Niepłacenie czynszu może skutkować pozwem cywilnym, a w dalszej konsekwencji – eksmisją. Nie istnieją jakiekolwiek zabezpieczeniach dla osób podejmujących tego typu działania. Jeśli już dochodzi do odmowy płatności, bywa ona przedstawiana jako życiowa konieczność niż świadome nieposłuszeństwo obywatelskie.

Nie oznacza to jednak, że nie dochodzi do organicznego organizowania się lokatorów. W przeszłości mieszkańcy wielokrotnie sprzeciwiali się podwyżkom czynszów czy zagrażającym życiu i zdrowiu warunkom mieszkaniowym – m.in. poprzez pikiety, demonstracje, zakłócanie obrad samorządów, petycje czy nagłaśnianie spraw w mediach. Lokatorzy organizują się w grupach nieformalnych lub w ramach stowarzyszeń, próbując nadać swoim działaniom społeczną i polityczną legitymizację. Formy zbliżone do strajku czynszowego także się pojawiają, choć są rozproszone przestrzennie i słabo udokumentowane – a o strajku można przecież mówić dopiero wtedy, gdy ma on charakter zbiorowy, nie indywidualny.

Przykładem oddolnego, „dzikiego” strajku czynszowego była Nowa Sól. W trzech blokach socjalnych i na osiedlu kontenerowym mieszkańcy – w dużej mierze byli pracownicy przemysłowi – zorganizowali się jeszcze przed 2011 rokiem w Komitet Mieszkańców Domów Socjalnych i kolektywnie przestali płacić czynsz. Domagali się remontów, prawa do dalszego zamieszkiwania swoich dotychczasowych lokali, meldunku, umorzenia długów i zakończenia przymusowych rotacji między mieszkaniami. W jednym z budynków wszyscy przyłączyli się do strajku (sic!), zarazem postawy łamistrajków spotykały się ze słusznym ostracyzmem. Trudno się dziwić skali oporu: mieszkańcy pytali wprost, za co właściwie mają płacić, skoro mieszkają w warunkach uwłaczających ich godności.

W wielu wypadkach takie działania wynikają bezsilności i desperacji, a nie przemyślanej strategii. Zdefragmentowany ruch lokatorski, działania lokatorskie podejmowane ad hoc, brak ochrony prawnej protestujących lokatorów i silne instrumenty represji po stronie właścicieli, władz samorządowych i państwa, sprawiają, że odmowa płacenia czynszu jest w Polsce w zasadzie niemożliwa. Dopiero w ostatnich latach – wraz ze wzrostem aktywności ruchów miejskich i lokatorskich – zaczyna pojawiać się przestrzeń do bardziej otwartej i odważnej dyskusji o nowych formach nieposłuszeństwa obywatelskiego w politykach mieszkaniowych.

Problematyka lokatorska miast akademickich: sytuacja w polskich akademikach i studenckie okupacje

W Wielkiej Brytanii, na gruncie ruchu studenckiego, szczególne znaczenie miały protesty na University College London (UCL) oraz na University of Manchester. W pierwszym przypadku – w latach 2016–2017 – około 200 studentów grupowo odmówiło uiszczenia opłat za zakwaterowanie. Domagali się m.in. obniżenia cen najmu i poprawy warunków mieszkaniowych w akademikach – mówimy w tym wypadku o takich problemach jak obecność gryzoni czy nieustający hałas związany z pracami budowlanymi. Po pięciu miesiącach strajku uczelnia ustąpiła, przeznaczając na zamrożenie opłat i fundusze stypendialne łącznie 1,5 miliona funtów. Co istotne, protest nie spotkał się z większymi represjami – zakończył się za to negocjacjami, które przyniosły osobom studiującym w UCL wymierne korzyści.

Inaczej było w Manchesterze w 2023 roku, gdzie ponad 250 studentów rozpoczęło strajk i okupację Simon Building w odpowiedzi na wysokie czynsze i złe warunki mieszkaniowe, w tym problemy z pleśnią i szczurami. Władze zareagowały ostro: postępowaniami dyscyplinarnymi wobec 11 osób oraz interwencją policji i komorników. Działania te spotkały się z krytyką części środowiska akademickiego, które uznało te działania jako nieproporcjonalne do problemów. Równie konfliktowy przebieg miały protesty na Uniwersytecie Columbia w 2021 roku. Studenci domagali się obniżki czynszów o 10% i anulowania zaległości w związku z pandemią COVID 19, a w odpowiedzi spotkali się z groźbami eksmisji i ograniczeniami dostępu do usług uczelnianych. Mimo to strajk trwał kilka miesięcy i swoim zasięgiem objął ponad tysiąc osób. Ostatecznie władze zgodziły się na częściowe ustępstwa – zamrożenie czynszów w wybranych budynkach i rozpoczęcie rozmów o polityce mieszkaniowej na uniwersytecie.

Jak na tym tle przedstawiają się studenckie strajki lokatorskie w Polsce? O ile w latach 80. i 90. XX wieku miały miejsce protesty studenckie, to brak jest ogólnodostępnych informacji o działaniach, które polegałyby na zbiorowym zaprzestaniu uiszczania opłat za zakwaterowanie. Dopiero w ostatnich latach ruch studencki powraca do śmielszych form protestów związanych z polityką mieszkaniową uczelni, tj. okupacja akademika „Jowita” w Poznaniu w 2023 roku czy domu studenckiego „Kamionka” w Krakowie w 2024 roku. Protesty te, choć nie miały charakteru strajku czynszowego, wskazują na rosnące napięcie społeczne wokół dostępności taniego zakwaterowania dla studentów oraz coraz większą gotowość ruchu studenckiego do podejmowania działań wymykających się normom legalistycznej demokracji państwowej – stojącej przede wszystkim za ograniczonymi i legalnymi formami protestu.

W kontekście protestów studenckich istotne jest, że ustawa o ochronie praw lokatorów z 2001 r. - regulująca prawa i obowiązki lokatorów oraz właścicieli mieszkań - wyłącza z definicji “lokatora” osoby zamieszkujące zasób uczelniany, bursy szkolne itp. Przez ten zabieg prawny i szereg czynników historycznych związanych z transformacją ustrojową i prywatyzacją zasobu mieszkaniowego (skupienie się na własności zamiast tanim wynajmie), studenci zamieszkujący akademiki nie są postrzegani jako lokatorzy w rozumieniu definicji wyżej wspomnianej ustawy. Nawet w sytuacji długotrwałego zamieszkiwania w akademiku, prawa studentów są zupełnie różne od prawa osób zamieszkujących zasób prywatny czy gminny.

Własność ponad ludzkie życie: mikrorepresje i formy uciszania lokatorów i lokatorek z Łodzi

Zdecydowana większość mieszkań komunalnych w Łodzi nie ma dostępu do centralnego ogrzewania, a prowadzona polityka – polegająca m.in. na ograniczaniu możliwości korzystania z pieców czy braku napraw infrastruktury kominowej – wymusza przechodzenie na drogie i niepraktyczne ogrzewanie elektryczne. Koszty zielonej transformacji, związanej z likwidacją starych kopciuchów, przerzucane są na lokatorów, podczas gdy stan techniczny wielu budynków, jak i nieszczelne okna, niedomykające się drzwi, niewyizolowane ściany czy przestarzałe instalacje, uniemożliwia skuteczne utrzymanie ciepła. Dodatkowym czynnikiem jest wysoki odsetek pustostanów, które pozostając nieogrzewane potęgują straty ciepła w sąsiednich lokalach. W efekcie, nawet przy intensywnym grzaniu i wysokich rachunkach za prąd, temperatura w mieszkaniach często nie przekracza 18 stopni, czyli minimum, które WHO wyznacza jako bezpieczne dla lokatorów. Problem niedogrzania ma charakter systemowy i wpływa nie tylko na komfort życia, lecz także na dalszą degradację stanu technicznego budynków, napędzając błędne koło zaniedbań. 

Ostatnia zima była jedną z chłodniejszych w ostatnich latach i zebrała swoje żniwo również wśród lokatorów mieszkań komunalnych. Tragiczne wydarzenia rozegrały się w kamienicach przy ul. Malinowej i ul. Kaliskiej, gdzie w odstępie jednego tygodnia odnaleziono ciała czwórki lokatorów. Jako wstępną przyczynę śmierci wskazano hipotermię; w czasie, gdy odnajdywano ofiary na ul. Malinowej, temperatura na zewnątrz spadła do prawie -20 stopni Celsjusza. Tragedia ta stała się jednym z najbardziej dramatycznych przykładów problemów, z jakimi od lat mierzą się lokatorzy zasobu komunalnego, a o których od początku swojego istnienia mówi Łódzkie Stowarzyszenie Lokatorów (ŁSL).

W reakcji na te wydarzenia ŁSL przypomniało swoje postulaty, m.in. zwiększenia nakładów na remonty i termomodernizację, odejścia od wymuszania stosowania ogrzewania elektrycznego, intensyfikacji budowy przyłączy do miejskiej sieci ciepłowniczej oraz wyciągnięcia konsekwencji wobec osób odpowiedzialnych za zaniedbania, które nie pierwszy raz doprowadziły do uszczerbku na zdrowiu i życiu osób zamieszkujących zasób miejski. Po nagłośnieniu tragicznych wydarzeń oraz zapowiedzi demonstracji pod siedzibą Zarządu Lokali Miejskich (ZLM) relacja między instytucją a środowiskiem lokatorskim uległa wyraźnemu zaostrzeniu.

ZLM wysłał do ŁSL pismo przedsądowe, w którym zarzuca naruszenie dóbr osobistych, szerzenie mowy nienawiści oraz podważanie wiarygodności instytucji. Instytucja uznała, że przypisywanie jej odpowiedzialności za śmierć lokatorów samo w sobie stanowi naruszenie ze strony stowarzyszenia. Groźba podjęcia kroków prawnych była sygnałem ostrzegawczym: nagłaśnianie sprawy tragicznych śmierci może spotkać się z poważnymi konsekwencjami. Działanie to ma efekt mrożący, wymierzony nie tylko w jedną organizację, ale szerzej we wszystkich mieszkańców rozważających publiczne zabranie głosu. 

W dniu zapowiadanej demonstracji, 3 marca 2026 roku, ZLM zdecydował się skrócić godziny pracy i zamknąć siedzibę wcześniej niż zwykle, co w praktyce ograniczyło dostęp mieszkańców do instytucji - zarówno tych przychodzących w sprawach indywidualnych jak i tych chcących wyrazić swój stanowczy sprzeciw wobec działań władz. Tego typu decyzja (formalnie mieszcząca się w kompetencjach administracyjnych) w kontekście sytuacyjnym staje się komunikatem o niechęci do konfrontacji i próbą uniknięcia odpowiedzialności. W odpowiedzi protestujący zablokowali drzwi do budynku urzędu chwilę przed oficjalnym rozpoczęciem demonstracji, co spotkało się z agresją policji i siłowym rozbiciem blokady.

Charakterystycznym elementem tej dynamiki, w której władze starają się rozbić ruch poprzez nacisk na tzw. liderów protestu, jest próba selektywnego dialogu. W trakcie i tego protestu przedstawiciele ZLM zaproponowali rozmowy w wąskim, wybranym gronie, w przestrzeni prywatnej i poza kontrolą pozostałych uczestników oraz mediów. Tego rodzaju praktyka, wielokrotnie wcześniej stosowana, jest strategią rozbijania wspólnoty protestu. Przeniesienie rozmowy do zamkniętych gabinetów pozwala zneutralizować napięcie między protestującymi a instytucją, dając fałszywe poczucie sprawczości, jednocześnie nie prowadząc do wiążących ustaleń. Uczestnicy wydarzenia odmówili takiej formuły negocjacji i rozmów. W odpowiedzi przedstawiciele po prostu odeszli od protestujących, wypowiadając się o sprawie do mediów już poza przestrzenią ulicy.

Istotna okazała się również komunikacja po zakończeniu protestu. Oświadczenia kierowane do mediów przez włodarzy koncentrowały się na prezentowaniu planów inwestycyjnych i statystyk (często sprzecznych ze sobą), marginalizując lub pomijając zarzuty, delegitymizując świadectwa mieszkańców i sugerując, że krytyka wynika z przesady lub niezrozumienia sytuacji. Oświadczenie wydała również policja zabezpieczająca wydarzenie, próbując zmyć z siebie odpowiedzialność za stawanie po stronie bogatych i wpływowych – w ich mniemaniu wszystko można wytłumaczyć rozkazem przełożonego i obowiązkiem służbowym.

Nie tylko przeszkadzać władzom: kiedy lokator może strajkować?

Tego rodzaju sytuacje powinny stanowić moment graniczny. W obliczu tak dużych zaniedbań płacenie czynszu zaczyna być przymusowym finansowaniem własnej krzywdy: jedna strona konsekwentnie nie wywiązuje się ze swoich obowiązków, a druga ma jedynie pokornie regulować należności za warunki, które nie spełniają nawet minimalnych standardów. 

Reakcja władz Łodzi na tragedie i na próby ich nagłośnienia odsłania przy tym coś więcej niż tylko administracyjną nieudolność. Pokazuje głęboko zakorzenioną pogardę wobec lokatorów, która ujawnia się szczególnie wyraźnie wtedy, gdy próbują oni mówić o swoich doświadczeniach. Nawet najbardziej podstawowe, pokojowe formy sprzeciwu – wyjście na ulicę, transparenty, obecność pod siedzibą instytucji – spotykają się z zamykaniem drzwi, wezwaniami policji i prawnymi groźbami. Władza reaguje tak, jakby sam fakt artykulacji problemu był większym zagrożeniem niż jego rzeczywiste skutki. Wszystko to składa się na mechanizm, którego celem nie jest rozwiązanie konfliktu, lecz jego rozproszenie. To polityka zmęczenia i izolacji: zniechęcić jednych, zastraszyć drugich, podzielić resztę. Jednocześnie funkcjonuje założenie, że lokatorzy w Polsce nigdy nie osiągną poziomu organizacji, który pozwoliłby im realnie zagrozić istniejącemu układowi sił. Nie ma zalegalizowanych narzędzi, nie ma również właściwie udokumentowanej historii, która mogłaby uczyć nas nie tyle jak coś zrobić, ale że w ogóle MOŻEMY coś zrobić.

Dlatego właśnie momenty naznaczone tragedią, obnażające skalę zaniedbań systemowych, powinny prowadzić do przemian w relacji między lokatorami a władzą. Opór nie musi kończyć się na obecności na ulicy, szczególnie gdy każda dotychczasowa forma protestu jest ignorowana lub tłumiona. W sytuacji, gdy głos mieszkańców jest systematycznie marginalizowany, realnym narzędziem nacisku pozostaje odmowa podporządkowania się zasadom wyznaczonym przez władze. Prawo zawiodło nas jako lokatorów, musimy więc zwrócić się w stronę zwykłej, ludzkiej przyzwoitość. A ta podpowiada: nie utrzymywać systemu, który nie tylko nie działa, ale który nam szkodzi.

Organizuj się i nie płać: strajk czynszowy jako nowa forma oporu w polskim ruchu lokatorskim

Kolektywna odmowa płacenia czynszu może być silnym narzędziem nacisku – wymaga jednak upowszechnienia w świadomości organizujących się lokatorów, umiejętnej koordynacji działań i udokumentowania, które pozwoliłoby przekazywać praktykę innymi i budować pamięć instytucjonalną. Uczenie się poprzez praktykę i zbiorowe doświadczenia jest najskuteczniejszą formą szerzenia wiedzy na temat możliwych form oporu. Stopniowe włączanie niezaangażowanych wcześniej lokatorów w proces organizowania się i budowania strategii oddaje im podmiotowość oraz pozwala myśleć o swojej sytuacji mieszkaniowej nie jako o nieudolności życiowej, ale jako o efekcie polityki mieszkaniowej – nastawionej na zyski tych, którzy posiadają, a nie bezpieczeństwo tych, którzy w rzeczywistości zamieszkują lokale. Dużą nadzieję daje to, że obecne organizacje lokatorskie działają w duchu samopomocy, prowadząc jednocześnie kampanie polityczne oraz tworząc przestrzenie, gdzie lokatorzy mogą przyjść po pomoc, ale też uczyć się nowych rzeczy i poznawać się ze sobą.

Doświadczenia takich akcji jak Jowita czy Kamionka pokazują, że powodzenie akcji zależy od szerszego zaplecza: wsparcia całej społeczności i sojuszników spoza niej. Strajk, jeśli ma być skuteczny, nie może zamykać się w obrębie jednego budynku czy grupy. 

Kluczowe pozostaje też wzmacnianie samego ruchu lokatorskiego, poza akcjami bezpośrednimi: budowanie solidarności opartej na serdeczności, otwartość na różne doświadczenia najmu i łączenie rozproszonych problemów w jedną, wspólną sprawę. Ten proces już się zaczął, ale wciąż jest na wczesnym etapie. Czas pokaże, na ile trwałe będą obecne struktury i czy wykorzystamy na naszą korzyść zarówno nasze własne, jak i zagraniczne doświadczenia, w walce o lepsze warunki mieszkaniowe.

 

Weronika Dąbrowicz

Łódzkie Stowarzyszenie Lokatorów

Komisja Krajowa przy OZZ Inicjatywa Pracownicza (Łódzka Inicjatywa Studencka)

Czytaj dalej...

Strajki obaliły PRL. Dlatego zakazano ich w III RP

Strajki obaliły PRL. Dlatego zakazano ich w III RP

Mimo tego, że stan wojenny 1981 roku rozbił niezależne związki zawodowe i zakazał strajków, “Solidarność” została odbudowana, a strajki końca lat 80. obaliły PRL. Na czele III RP stanęli wywodzący się ze związku intelektualiści, którzy wcześniej w ramach demokratycznej opozycji, ramię w ramię z robotnikami walczyli o demokrację, o lepsze warunki życia, o wolność zrzeszania się i walki o prawa pracownicze. Logiczne wydawałoby się oczekiwać, że po objęciu władzy – którą zdobyli dzięki zaangażowaniu w walkę ruchu związkowego i zaufaniu robotników – przywrócą wolność strajkowania lub przynajmniej rzeczywiste prawo do strajku. Co więc zmienili oni w tym zakresie względem zakazu strajków Jaruzelskiego z okresu stanu wojennego? Właściwie nic.

Pierwsza “Solidarność”: o wolność pracowniczej samoorganizacji, demokrację, równość i godne życie dla wszystkich

Pierwsza “Solidarność” wyrosła w sierpniu 1980 roku ze strajków przeciwko pogarszającym się warunkom życia robotników, represjom za wcześniejsze strajki i pracowniczą samoorganizację, nierównościom oraz ograniczeniom wolności słowa. Gdy do sierpniowego strajku przyłączyło się już ponad 150 zakładów, Międzyzakładowy Komitet Strajkowy ogłosił słynne 21 postulatów.

Znalazły się wśród nich żądania płacowe, żądania dot. czasu i warunków pracy, a także żądania w zakresie praw socjalnych i praw kobiet. Główny punkt programu stanowiły jednak postulaty polityczne, m.in. żądanie zażegnania kryzysu gospodarczego przy dopuszczeniu całego społeczeństwa do dyskusji nad kształtem reform, żądanie równości (a dokładnie, zniesienia przywilejów służb i aparatu partyjnego) czy wolności słowa. Najważniejszymi z nich były postulaty dotyczące prawa do samoorganizacji pracowniczej: zbudowania niezależnych, samorządnych związków zawodowych, zagwarantowania prawa do strajku bez represji i przywrócenia do pracy osób zwolnionych za udział w strajkach 1970 i 1976 roku.

Pierwsza “Solidarność” domagała się prawdziwej równości, prawdziwej demokracji pracowniczej i godnego życia dla wszystkich. Wolność samoorganizacji, prawo do strajku i autentyczna reprezentacja klasy pracującej stały w samym centrum jej żądań.

Choć władze PRL zobowiązały się w zawartych ze strajkującymi “porozumieniach sierpniowych” zrealizować część postulatów, pierwsza “Solidarność” została złamana przez wprowadzony w 1981 roku stan wojenny.

Intelektualiści: od wsparcia walki o samorządność pracowniczą do “terapii szokowej”

W trakcie wydarzeń sierpniowych część intelektualistów opowiedziała się po stronie robotników, kierując do władz PRL “Apel 64” wzywający do dialogu ze strajkującymi oraz formując Komisję Ekspertów przy Międzyzakładowym Komitecie Strajkowym. Pierwsza “Solidarność” była jednak zrywem przede wszystkim robotniczym. Rola intelektualistów w ruchu opozycyjnym stopniowo wzrastała po zniesieniu stanu wojennego, gdy związek pozostawał nielegalny i musiał działać w podziemiu.

W 1986 ogłoszono amnestię więźniów politycznych i powołano jawną Tymczasową Radę NSZZ “Solidarność”. Rok 1987 przyniósł pogłębienie kryzysu gospodarczego i zwiększone represje względem podziemnych struktur “Solidarności”, a rok 1988 – największą od 1982 roku podwyżkę cen, odpowiadającą jej ogólnokrajową falę strajków oraz rezultat presji strajkowej, czyli rozmowy władz z przedstawicielami ruchu solidarnościowego w Magdalence, podczas których obiecano Okrągły Stół. Niezależny, samorządny ruch związkowy pozostawał jednym z centralnych tematów negocjacji, które doprowadziły ostatecznie do rozmontowania PRL, choć stopniowo tracił na znaczeniu na rzecz tematów związanych z kształtem gospodarki i strukturą przyszłej władzy politycznej.

Po zakończeniu stanu wojennego coś się jednak zmieniło, szczególnie wśród intelektualistów “Solidarności”. Ci, którzy wcześniej deklarowali wartości propracownicze, tacy jak Kuroń czy Michnik, już od lat 70. zaczęli stopniowo zmieniać kurs ideologiczny. Coraz mniej utożsamiali się z walką robotniczą, a coraz bardziej, jak zauważa Michał Siermiński, z tradycjami polskich elit z przełomu XIX i XX wieku. Ci, którzy nie deklarowali głośno pro-pracowniczych wartości, ale wspierali walkę sierpnia ‘80 o rzeczywistą równość i demokrację, wraz z początkiem przemian ustrojowych zaczęli pokazywać swoją prawdziwą twarz.

Wybory 4 czerwca 1989 roku przyniosły jednoznaczne zwycięstwo obozu opozycji. Nowy porządek polityczny był dyktowany przez intelektualistów wywodzących się z ruchu pracowniczego: w regionie mazowieckim około 95% ekspertów “Solidarności” przeszło w tym roku na stanowiska rządowe. We wrześniu sejm powołał rząd pod kierownictwem Tadeusza Mazowieckiego, z Leszkiem Balcerowiczem na stanowisku ministra finansów. W styczniu 1990 rozpoczęto implementację planu Balcerowicza: prywatyzację, deregulację i politykę zaciskania pasa (pracownikom).

Konsekwencje społeczne planu Balcerowicza można bez wyolbrzymiania nazwać katastrofą humanitarną: nierówności diametralnie się powiększyły, bezrobocie jeszcze przed wejściem do UE osiągnęło 20% (a do 2004 roku w niektórych regionach przekraczało nawet 40%), na początku lat 2000 nawet 12% populacji nie zarabiało minimum egzystencjalnego, nominalne ceny wzrosły o 50%, powiększyła się także skala niedożywienia dzieci.

Pracownicy oszukani przez “własne” elity

Reformy Balcerowicza wcielane były odgórnie przy poklasku elit dawnej PZPR, nie mających od dawna już nic wspólnego z socjalizmem, oraz elit postsolidarnościowych – i wbrew woli pracowników. Jak pokazują badania CBOS-u z 1989 roku, większość polskiego społeczeństwa nie chciała ustroju całkowicie podporządkowanego fanatycznemu dążeniu do generowania zysku dla właścicieli zakładów. Nie chciała oddawać całej władzy w ręce przedsiębiorców i wolnego rynku, co zakładał i zrealizował plan Balcerowicza.

obraz1
Opinia społeczna o PZPR w badaniach CBOS w latach 1984-1989. Komunikat CBOS AE/17/1, Warszawa, 1990

Nastroje te potwierdzała fala strajków z lat 1989-1991, która była płynną kontynuacją strajków z roku 1988. Według danych GUS, przez 9 miesięcy 1990 roku ponad 30 tys. osób uczestniczyło w 131 oficjalnie ogłoszonych akcjach strajkowych w całym kraju. Ponadto, gdy w czerwcu 1990 w Mławie protestowali rolnicy, policja po raz pierwszy w III RP zagroziła użyciem siły przy przełamywaniu blokady drogowej – za zgodą rządu Tadeusza Mazowieckiego, który najpierw odrzucił wszystkie postulaty rolników.

Cel ustawy o sporach zbiorowych z 1991 roku? Ukrócenie fali strajków z lat 1989-1991

Przyjęta w 1991 roku ustawa o rozwiązywaniu sporów zbiorowych, obowiązująca z drobnymi zmianami do dziś, powstała właśnie po to, by ukrócić tamtą falę strajków. Ustawodawstwo Jaruzelskiego było w tej sytuacji dla świeżo upieczonych polityków bardzo wygodne – wystarczyło je lekko przeformułować (np. zamienić “postępowanie pojednawcze” na “mediacje”) i zachować całą antystrajkową procedurę, dopuszczającą strajk tylko w drodze wyjątku przy spełnieniu szeregu restrykcyjnych warunków. Elity wywodzące się z ruchu związkowego przyjęły tę samą rolę, jaką generał Jaruzelski obrał w czasie stanu wojennego – pacyfikatorów. W 1990 m.in. Lech Wałęsa i Lech Kaczyński jeździli po Polsce, okłamując robotników, że sytuacja za moment się poprawi – byleby tylko nie strajkowali.

W ten sposób intelektualiści, którzy zbudowali swój autorytet i zdobyli zaufanie pracowników dzięki zaangażowaniu w walkę o wolność samoorganizacji pracowniczej, prawo do strajku i niezależne związki zawodowe, stworzyli nam państwo, w którym strajk jest w praktyce zakazany, a uzwiązkowienie należy do najniższych w całej UE.

Prawo zakazujące strajków, które wczoraj strzegło dyktatury Jaruzelskiego, dziś strzeże dyktatury przedsiębiorców – na życzenie intelektualistów, którzy doszli do władzy na plecach ruchu pracowniczego. Oni najlepiej wiedzieli, że strajk potrafi wywrócić stolik. Zakazali go, by zabezpieczyć swoje stołki.

Lekcja z tych wydarzeń dla ruchu pracowniczego jest jasna. “Własne” elity nigdy nie są “własne”, bo są elitami, a politykom oczekującym od pracowników poświęcenia dla abstrakcyjnego dobra “wspólnego” czy “narodowego” nie można ufać – ponieważ oznacza ono dziś zwykle dobro biznesu, nie pracowników.

 

Źródła:

  1. Piotr Krzyżaniak, Polska (wciąż) bez wolności strajkowania, https://instytutsprawobywatelskich.pl/polska-wciaz-bez-wolnosci-strajkowania/
  2. Wojciech Orliński, Jak Polacy w praktyce stracili prawo do strajku https://oko.press/orlinski-jak-polacy-w-praktyce-stracili-prawo-do-strajku
  3. Michał Siermiński, Dekada przełomu 
  4. David Ost, Klęska “Solidarności” 
  5. Tadeusz Kowalik, Polska transformacja
Czytaj dalej...

Masowe zwolnienia w polskim oddziale NielsenIQ - amerykańskiego giganta badań rynkowych

Masowe zwolnienia w polskim oddziale NielsenIQ -
amerykańskiego giganta badań rynkowych

NielsenIQ, największy gracz w sektorze badań rynku, od początku roku przeprowadza liczne zwolnienia w warszawskim oddziale firmy. Mimo że do likwidacji wyznaczono ponad 100 stanowisk, pracodawca omija obowiązki wynikające z ustawy o zwolnieniach grupowych, prowadząc zwolnienia w rozłożonych na dwa lata, niewielkich transzach. Cały proces został przez zarząd spółki okraszony nazwą “tranzycja”.

Informacja o restrukturyzacji została przekazana pracownikom dwóch pionów operacyjnych z Warszawy. Jednak z informacji otrzymanych przez związek zawodowy OZZ “Inicjatywa Pracownicza” od zatrudnionych osób wynika, że z pracą żegnają się również inne, niewymieniane w oficjalnej komunikacji wewnętrznej mniejsze zespoły oraz indywidualni pracownicy z nawet kilkunastoletnim stażem.

- Komunikacja zarządu w sprawie zwolnień jest zdawkowa. Zarząd nie używa do tego celu poczty elektronicznej, a umawia pracowników na stacjonarne i nierejestrowane w żaden sposób sesje pytań i odpowiedzi, mimo że wszyscy pracujemy w trybie hybrydowym lub całkowicie zdalnym - mówi Jan Złotnicki, członek związku zawodowego OZZ „Inicjatywa Pracownicza”.

- Co więcej, najwyraźniej ze względu na nadmierne zainteresowanie sprawą przez samych pracowników i zadawanie przez nich niewygodnych pytań, zarząd zrezygnował z prowadzenia nawet tego rodzaju komunikacji i nabrał wody w usta. Obecnie pracownicy są informowani o szczegółach wyłącznie przez bezpośrednich przełożonych, również zresztą objętych procedurą zwolnień. Efektem są, zdaniem zgłaszających się do nas pracowników, przekazywanie niespójnych, niepełnych lub spóźnionych informacji i niepewność u wystarczająco już poruszonych pracowników - relacjonuje związkowiec.

Firma otwarcie przyznaje przed pracownikami, że przyczyną redukcji zatrudnienia w Polsce jest przenoszenie stanowisk na dużo tańszy rynek w Indiach. Co więcej, pozostający na tę chwilę na stanowiskach polscy pracownicy zostali zobowiązani do przeszkolenia swoich indyjskich następców ze wszystkich wykonywanych do tej pory procedur.

Według informacji związkowców, szkolenia te są umawiane bez żadnych konsultacji z mającymi je prowadzić pracownikami, bez poszanowania okresów świątecznych w Polsce i bez zapewnienia odchodzącym pracownikom jakiegokolwiek przygotowania czy materiałów szkoleniowych. Zarząd oczekuje, że osoby, które nigdy nie aplikowały na stanowiska szkoleniowe, mają z dnia na dzień przeobrazić się ze specjalistów w dziedzinie analizy danych w nauczycieli z językiem obcym. Wszystko to w standardowych godzinach pracy i bez najmniejszego nawet ograniczenia dotychczasowych, regularnych obowiązków.

Praca nad dodatkowymi zadaniami ma wiązać się z premią kwartalną. Otrzymanie jej jest jednak obwarowane obowiązkiem podpisania dodatkowej umowy, nakładającej na pracowników szereg nowych wymogów, i której wdrażanie odbywa się w warunkach chaosu organizacyjnego.

- Umowy stwierdzają, że zdefiniowane wymagania muszą zostać spełnione w trzymiesięcznym okresie od dnia podpisania umowy - opowiada Złotnicki. - Tymczasem szkolenia personelu z Indii, których prowadzenie jest kluczowym wymogiem premii, odbywają się od lutego, a pierwsze umowy zostały udostępnione pracownikom do podpisu dopiero w ostatnich dniach marca - tłumaczy.

- Kiedy na jednym ze spotkań zwróciłem przedstawicielom zarządu uwagę na tę niespójność, usłyszałem tylko, że musimy sobie wzajemnie ufać, że okres sprzed obowiązywania umowy zostanie również wliczony do spełnionych przez pracownika wymagań - dodaje Złotnicki. - Moja sugestia, by doprecyzować ten fakt w treści umowy, spotkała się z kolei z kategoryczną odmową, niepopartą żadnymi argumentami.

Związkowcy zaznaczają też, że proponowana umowa nie stwierdza, że kwota wypłaconej premii jest w jakikolwiek sposób powiązana z dotychczasowym wynagrodzeniem pracownika, w odpowiednim miejscu zawiera jedynie puste pole na wpisanie konkretnej, dowolnej kwoty. Co natomiast zostało zawarte w umowie to niezwykle restrykcyjna klauzula poufności, obowiązująca przez 10 lat od dnia podpisania dokumentu, i zakazująca pracownikom, pod groźbą wysokiej kary pieniężnej, informowania kogokolwiek spoza spółki o zapisach umowy, o szczegółach dotyczących samego procesu tranzycji, a nawet o tym czy pracownik faktycznie podpisał tę umowę. Związkowcy zauważają, że tak daleko posunięty obowiązek tajemnicy może naruszać swobodę pracowników do konsultacji warunków swojego zatrudnienia z osobami trzecimi.

Sytuacja w firmie jest tym bardziej niepokojąca, że pracodawca od co najmniej roku zaprzestał stosowania się do ustawowego obowiązku konsultowania zwolnień pracowników ze związkami, pomimo potwierdzenia takiego wymogu podczas kontroli Państwowej Inspekcji Pracy. Według informacji przedstawicieli OZZ „IP” w przeciągu ostatniego półtora roku pracodawca ani razu nie powiadomił związku o zamiarze rozwiązania umowy z pracownikiem, ani nie umożliwił przeprowadzenia wymaganej przez prawo konsultacji zwolnień.

 

Czytaj dalej...

Zebranie Ogólne Delegatów i Delegatek KM OZZIP przy Amazon

  • Dział: Informacje

Szanowni Państwo! Koleżanki i Koledzy!

W imieniu Komisji Międzyzakładowej OZZ Inicjatywa Pracownicza przy Amazon Fulfillment Poland sp. z o.o. (zwanej dalej Komisją) informujemy, że 18 maja 2026 r. w Poznaniu o godz. 11:00 odbędzie się Zebranie Ogólne Delegatów i Delegatek Komisji.

DATA: 18.05.2026 r.
GODZ. 11:00
ADRES: Poznań, ul. Powstańców Wielkopolskich 2a, budynek WSB (BR2120), sala 102

Porządek obrad:

  1. Rejestracja delegatów, 
  2. Wybór prezydium Zjazdu i komisji skrutacyjnej,
  3. Podsumowanie dwuletniej kadencji Prezydium związku, sprawozdania, absolutorium,
  4. Wybór nowego Prezydium Komisji Międzyzakładowej na kolejne 2 lata,
  5. Ustalanie programu działań Związku
 

Delegatem lub Delegatką na Zebranie Ogólne Komisji może zostać każdy/a członek i członkini Komisji, który uzyskał pisemne poparcie przynajmniej 30 innych członków lub członkiń Komisji z okręgu wyborczego, do którego należy wg przyjętej ordynacji wyborczej.


W praktyce oznacza to, że jeśli chcesz zostać delegatem lub delegatką i kandydować w wyborach do Prezydium z prawem głosu musisz przedstawić na Zebraniu pisemne poparcie minimum 30 członków/członkiń związku z Twojego okręgu. Podpisy należy zbierać na wzorze znajdującym się w załączniku lub do pobrania u obecnych reprezentantów Komisji. W pole „nazwa grupy członkowskiej“ należy wpisać okręg wyborczy, do którego się należy. Dokładne zasady i warunki udziału w wyborach Prezydium Komisji zawarte zostały w ordynacji wyborczej znajdującej się poniżej.
 
  • Okręg Pierwszy (POZ1, POZ2, SZZ1, LCJ2, LCJ3, LCJ4);
  • Okręg Drugi (KTW1, KTW3, KTW4, WRO1, WRO2, WRO4, WRO5, oraz wszystkie zakłady Amazon Fulfillment Poland sp. z o.o. niewyszczególnione w ordynacji);

UWAGA! Na Zebranie zapraszamy wszystkich członków i członkinie związku z każdego magazynu (prosimy o kontakt, jeśli mamy zapewnić nocleg), niezależnie od woli kandydowania w wyborach do Prezydium Komisji. Mamy nadzieję, że lepiej się poznamy, spędzając wspólnie ciekawy, ważny, a także miły czas, co zaowocuje bogatszą współpracą i efektywniejszymi działaniami.  

W przypadku pytań w kwestiach organizacyjnych prosimy o kontakt pod numerem: 736 850 536, Ten adres pocztowy jest chroniony przed spamowaniem. Aby go zobaczyć, konieczne jest włączenie w przeglądarce obsługi JavaScript.

Komisja Międzyzakładowa OZZ Inicjatywa Pracownicza przy Amazon Fulfillment Poland sp. z o.o.

 

ORDYNACJA WYBORCZA
na Zebranie Ogólne Delegatów i Delegatek Komisji Międzyzakładowej OZZ Inicjatywa Pracownicza przy Amazon Fulfillment Poland sp. z o.o. (zwanej dalej Komisją) przyjęta na podstawie uchwały nr 2/4/2026 z dn. 13.04.2026 r. 

 

  1. W Zebraniu Ogólnym Delegatów i Delegatek Komisji (zwane dalej Zebraniem Ogólnym Komisji), o którym mowa w § 40 ust. 6 i 7 Statutu Związku mają prawo uczestniczyć z prawem do głosowania i kandydowania w wyborach do władz Komisji Delegaci i Delegatki wyłonieni w ramach okręgów wyborczych, a także bez prawa do głosowania oraz kandydowania w wyborach wszyscy członkowie i członkinie Komisji.
  2. Delegatem lub Delegatką na Zebranie Ogólne Komisji może zostać każdy/a członek i członkini Komisji, który uzyskał pisemne poparcie przynajmniej 30 innych członków lub członkiń Komisji z okręgu wyborczego, do którego należy.
  3. Członkowie i członkinie Komisji udzielają pisemnego poparcia Delegatom lub Delegatkom Komisji na wzorze udostępnionym przez aktualne Prezydium Komisji.
  4. Wyznaczone zostały 2 okręgi wyborcze:

 

  • Okręg Pierwszy (POZ1, POZ2, SZZ1, LCJ2, LCJ3, LCJ4);
  • Okręg Drugi (KTW1, KTW3, KTW4, WRO1, WRO2, WRO4, WRO5, oraz wszystkie zakłady Amazon Fulfillment Poland sp. z o.o.  niewyszczególnione w ordynacji);
  1. W skład Prezydium wchodzi od 1 do 7 Delegatów i Delegatek z każdego okręgu wyborczego, którzy uzyskali największą liczbę głosów.
  2. Delegaci i Delegatki, którzy nie uzyskali wystarczającej liczby głosów, aby wejść w skład Prezydium Komisji, mogą wejść w skład Komisji Rewizyjnej.
  3. W skład Komisji Rewizyjnej wchodzi od 2 do 5 Delegatów i Delegatek wybieranych z wszystkich okręgów wyborczych łącznie, którzy uzyskali największą liczbę głosów wśród kandydatów, którzy nie weszli w skład Prezydium.
  4. Zebranie Ogólne Komisji wybiera Delegatów lub Delegatki na Krajowe Zjazdy OZZ Inicjatywa Pracownicza.

Treść uchwały nr 2/4/2026 z dn. 13.04.2026 r. w sprawie uchwalenia ordynacji wyborczej na Zebranie Ogólne Delegatów i Delegatek Komisji:

Uchwała nr 2/4/2026 Prezydium Komisji Międzyzakładowej Ogólnopolskiego Związku Zawodowego „Inicjatywa Pracownicza” przy Amazon Fulfillment Poland Sp. z o.o. z dn. 13.04.2026 r. w sprawie uchwalenia ordynacji wyborczej na Zebranie Ogólne Delegatów i Delegatek Komisji
Działając na podstawie § 40 ust. 6 i 7 w zw. z § 21 ust. 3 oraz na podstawie § 28 ust. 1 lit. l w zw. z § 42 ust. 3 Statutu Związku:
§ 1 Uchwala się ordynację wyborczą na Zebranie Ogólne Delegatów i Delegatek Komisji. Stanowi ona załącznik do niniejszej uchwały.
§ 2 Uchwała wchodzi w życie z dniem podjęcia.

Czytaj dalej...

Zebranie Ogólne Delegatów i Delegatek KM OZZIP przy Amazon

Szanowni Państwo! Koleżanki i Koledzy!

W imieniu Komisji Międzyzakładowej OZZ Inicjatywa Pracownicza przy Amazon Fulfillment Poland sp. z o.o. (zwanej dalej Komisją) informujemy, że 18 maja 2026 r. w Poznaniu o godz. 11:00 odbędzie się Zebranie Ogólne Delegatów i Delegatek Komisji.

DATA: 18.05.2026 r.
GODZ. 11:00
ADRES: Poznań, ul. Powstańców Wielkopolskich 2a, budynek WSB (BR2120), sala 102

Porządek obrad:

1. Rejestracja delegatów,
2. Wybór prezydium Zjazdu i komisji skrutacyjnej,
3. Podsumowanie dwuletniej kadencji Prezydium związku, sprawozdania, absolutorium,
4. Wybór nowego Prezydium Komisji Międzyzakładowej na kolejne 2 lata,
5. Ustalanie programu działań Związku

Delegatem lub Delegatką na Zebranie Ogólne Komisji może zostać każdy/a członek i członkini Komisji, który uzyskał pisemne poparcie przynajmniej 30 innych członków lub członkiń Komisji z okręgu wyborczego, do którego należy wg przyjętej ordynacji wyborczej.

W praktyce oznacza to, że jeśli chcesz zostać delegatem lub delegatką i kandydować w wyborach do Prezydium z prawem głosu musisz przedstawić na Zebraniu pisemne poparcie minimum 30 członków/członkiń związku z Twojego okręgu. Podpisy należy zbierać na wzorze znajdującym się w załączniku lub do pobrania u obecnych reprezentantów Komisji. W pole „nazwa grupy członkowskiej“ należy wpisać okręg wyborczy, do którego się należy. Dokładne zasady i warunki udziału w wyborach Prezydium Komisji zawarte zostały w ordynacji wyborczej znajdującej się poniżej.

Okręg Pierwszy (POZ1, POZ2, SZZ1, LCJ2, LCJ3, LCJ4);

Okręg Drugi (KTW1, KTW3, KTW4, WRO1, WRO2, WRO4, WRO5, oraz wszystkie zakłady Amazon Fulfillment Poland sp. z o.o. niewyszczególnione w ordynacji);

UWAGA! Na Zebranie zapraszamy wszystkich członków i członkinie związku z każdego magazynu (prosimy o kontakt, jeśli mamy zapewnić nocleg), niezależnie od woli kandydowania w wyborach do Prezydium Komisji. Mamy nadzieję, że lepiej się poznamy, spędzając wspólnie ciekawy, ważny, a także miły czas, co zaowocuje bogatszą współpracą i efektywniejszymi działaniami.  

W przypadku pytań w kwestiach organizacyjnych prosimy o kontakt pod numerem: 736 850 536, Ten adres pocztowy jest chroniony przed spamowaniem. Aby go zobaczyć, konieczne jest włączenie w przeglądarce obsługi JavaScript.

Komisja Międzyzakładowa OZZ Inicjatywa Pracownicza przy Amazon Fulfillment Poland sp. z o.o.


ORDYNACJA WYBORCZA
na Zebranie Ogólne Delegatów i Delegatek Komisji Międzyzakładowej OZZ Inicjatywa Pracownicza przy Amazon Fulfillment Poland sp. z o.o. (zwanej dalej Komisją) przyjęta na podstawie uchwały nr 2/4/2026 z dn. 13.04.2026 r. 

1. W Zebraniu Ogólnym Delegatów i Delegatek Komisji (zwane dalej Zebraniem Ogólnym Komisji), o którym mowa w § 40 ust. 6 i 7 Statutu Związku mają prawo uczestniczyć z prawem do głosowania i kandydowania w wyborach do władz Komisji Delegaci i Delegatki wyłonieni w ramach okręgów wyborczych, a także bez prawa do głosowania oraz kandydowania w wyborach wszyscy członkowie i członkinie Komisji.

2. Delegatem lub Delegatką na Zebranie Ogólne Komisji może zostać każdy/a członek i członkini Komisji, który uzyskał pisemne poparcie przynajmniej 30 innych członków lub członkiń Komisji z okręgu wyborczego, do którego należy.

3. Członkowie i członkinie Komisji udzielają pisemnego poparcia Delegatom lub Delegatkom Komisji na wzorze udostępnionym przez aktualne Prezydium Komisji.

4. Wyznaczone zostały 2 okręgi wyborcze:

 Okręg Pierwszy (POZ1, POZ2, SZZ1, LCJ2, LCJ3, LCJ4);

Okręg Drugi (KTW1, KTW3, KTW4, WRO1, WRO2, WRO4, WRO5, oraz wszystkie zakłady Amazon Fulfillment Poland sp. z o.o.  niewyszczególnione w ordynacji);

 5. W skład Prezydium wchodzi od 1 do 7 Delegatów i Delegatek z każdego okręgu wyborczego, którzy uzyskali największą liczbę głosów.

6. Delegaci i Delegatki, którzy nie uzyskali wystarczającej liczby głosów, aby wejść w skład Prezydium Komisji, mogą wejść w skład Komisji Rewizyjnej.

7. W skład Komisji Rewizyjnej wchodzi od 2 do 5 Delegatów i Delegatek wybieranych z wszystkich okręgów wyborczych łącznie, którzy uzyskali największą liczbę głosów wśród kandydatów, którzy nie weszli w skład Prezydium.

8. Zebranie Ogólne Komisji wybiera Delegatów lub Delegatki na Krajowe Zjazdy OZZ Inicjatywa Pracownicza.

Treść uchwały nr 2/4/2026 z dn. 13.04.2026 r. w sprawie uchwalenia ordynacji wyborczej na Zebranie Ogólne Delegatów i Delegatek Komisji:

Uchwała nr 2/4/2026 Prezydium Komisji Międzyzakładowej Ogólnopolskiego Związku Zawodowego „Inicjatywa Pracownicza” przy Amazon Fulfillment Poland Sp. z o.o. z dn. 13.04.2026 r. w sprawie uchwalenia ordynacji wyborczej na Zebranie Ogólne Delegatów i Delegatek Komisji
Działając na podstawie § 40 ust. 6 i 7 w zw. z § 21 ust. 3 oraz na podstawie § 28 ust. 1 lit. l w zw. z § 42 ust. 3 Statutu Związku:
§ 1 Uchwala się ordynację wyborczą na Zebranie Ogólne Delegatów i Delegatek Komisji. Stanowi ona załącznik do niniejszej uchwały.
§ 2 Uchwała wchodzi w życie z dniem podjęcia.

 Załączniki:

1.Uchwala 2/4/2026 w sprawie uchwalenia ordynacji

2.Załącznik do uchwały 2/4/2026 - treść ordynacji

3.Wzór listy głosów poparcia 

Czytaj dalej...

Konfederaci chcą Ciebie na śmieciówkach: głos pracownika Amazona.

Jesteś pracownikiem lub związkowcem, pracujesz na umowie śmieciowej, ale i tak głosujesz na Konfederację?

Po długich sporach Prezydent Nawrocki podpisał ustawę o reformie Państwowej Inspekcji Pracy (PIP) – choć w mocno okrojonej wersji. Zgodnie z jej zapisami inspektorzy PIP zyskają możliwość przekształcania „umów śmieciowych” w umowy o pracę. Niewielka to pociecha dla pracujących w Polsce, gdzie warunki zatrudnienia należą do jednych z najmniej korzystnych w całej Unii Europejskiej. W realiach powszechnej niestabilności zatrudnienia i nadużyć ze strony przedsiębiorców jest to mimo wszystko krok we właściwym kierunku.

Reforma może przyczynić się do poprawy sytuacji milionów osób zmuszanych do pracy na tzw. umowach śmieciowych. A czym one są w praktyce? Brakiem stabilności, brakiem ochrony i brakiem podstawowych praw, jak: urlop, zwolnienie chorobowe czy zabezpieczenie finansowe na przyszłość. Można pracować długo i ciężko, a mimo to nie mieć żadnej pewności jutra.

Jednym z najostrzejszych krytyków reformy PIP pozostaje Konfederacja.

Partia, której przedstawiciele deklarują obronę interesów Polaków, w praktyce opowiada się po stronie interesów biznesu, niezależnie od tego czy jest on polski, niemiecki czy chiński. Gdy pojawia się możliwość wzmocnienia pozycji polskich pracowników, którzy stanowią większość społeczeństwa kraju, partia staje po stronie tzw. januszy biznesu i międzynarodowych korporacji. 12-godzinny dzień pracy, brak urlopu macierzyńskiego, brak ochrony przed zwolnieniem – to wszystko jest możliwe dzięki umowom śmieciowym zastępującym umowy o pracę, których Konfederacja broni jak niepodległości.

Według prawicowych polityków elementarna ochrona pracownika na umowie o pracę jest przejawem komunistycznego zamordyzmu i źródłem niepewności dla gospodarki. Konfederacja - sprzeciwiając się reformie PIP - nie walczy z żadnym komunizmem. W praktyce uderza w miliony Polaków, którzy utrzymują się z pracy najemnej. Ich „antykomunizm” sprowadza się do obrony dużych przedsiębiorców i ich prawa do zmuszania ludzi do długiej pracy i zwalniania ich, gdy przestają przynosić odpowiednie zyski.

Kto tak naprawdę ma dziś niepewną sytuację? Może multimilionerzy, utrzymujący się z pracy ludzi zatrudnionych na śmieciowych warunkach? Cały ten antykomunizm Konfederacji sprowadza się w tym wypadku do obrony nieuczciwych przedsiębiorstw i ich prawa do zmuszania nas do pracy po 12 godzin dziennie i zwalniania nas wtedy, gdy mają na to ochotę. Skuteczna walka o prawa polskich pracowników wymaga odwagi do stawiania granic interesom wielkiego biznesu, a tej gotowości Konfederacji wyraźnie brakuje. Co więcej, szczyci się ona tym, że staje po stronie najbogatszych, niezwykłych pracowników, i że podporządkowuje własne postulaty wielkiemu biznesowi – bez względu na to, czy jest on polski, czy zagraniczny. Patriotyzm w wydaniu Konfederacji: im więcej głośnych haseł o patriotyzmie czy tradycyjnych wartościach, tym gorsze warunki dla pracujących i większe korzyści dla „Januszy” czy zagranicznego kapitału.

Można mieć różne poglądy, ale trudno zrozumieć, dlaczego ktoś, kto sam pracuje w niepewnych warunkach w jakimś „januszeksie”, miałby popierać ich utrzymywanie. To nie krzyczenie o wolności czy patriotyzmie w mediach decyduje o jakości życia, tylko konkretne postulaty polepszające nasze warunki pracy.

Krzysztof Król

Czytaj dalej...

Polska (wciąż) bez wolności strajkowania

Kiedy wreszcie skończą się restrykcje stanu wojennego w Polsce?
 
Piotr Krzyżaniak
 
Doktor Wydziału Prawa i Administracji Uniwersytetu A. Mickiewicza w Poznaniu, członek Komisji Krajowej i Zespołu ds. Prawnych OZZ Inicjatywa Pracownicza, prawnik związku zawodowego OZZ Inicjatywa Pracownicza.
 
Jak powszechnie wiadomo – i z reguły nikt tego nie kwestionuje – stan wojenny rozpoczął się 13 grudnia 1981 r. Wprowadzono go na podstawie uchwały Rady Państwa podjętej 12 grudnia 1981 r. na wniosek samozwańczej Wojskowej Rady Ocalenia Narodowego. Wątpliwe jest to, czy stan wojenny wprowadzono legalnie. Niewątpliwe jest to, że go wprowadzono.
Kiedy się stan wojenny skończył? Na to pytanie już odpowiedzieć trudniej. Zniesiono go podobno 22 lipca 1983 roku. Tak przynajmniej wynika z Uchwały Rady Państwa z tegoż dnia. Czy można było w ogóle znieść stan wojenny, który z punktu widzenia prawa konstytucyjnego nie obowiązywał? Pozostawiam te wątpliwości historykom i teoretykom prawa konstytucyjnego. Mnie interesują wyłącznie restrykcje. Tak, chodzi mi o restrykcje, które w kluczowej sprawie trwają do dziś. Jest to więc chyba najdłuższy lockdown w dziejach naszego kraju? Choć może powonieniem użyć tu raczej słowa lockout.
Tak zwane „znoszenie” stanu wojennego jest procesem dość długim. Jeszcze podczas formalnie trwającego stanu wojennego, tj. 8 października 1982 r. przyjęto nową ustawę o związkach zawodowych.
 
Radę zakładową, dotychczasowy organ związków zawodowych wybierany bezpośrednio przez załogę, obligatoryjnie powoływany w każdym zakładzie pracy, zastąpiono wówczas „zakładową organizacją związkową”. Ta już nie była obligatoryjna. Mogła ona w zakładzie powstać lub nie. Dodatkowo ustalono tam harmonogram tworzenia struktur związkowych. Początkowo mogły być rejestrowane wyłącznie struktury zakładowe, potem ogólnokrajowe a na końcu zrzeszenia i organizacje międzyzwiązkowe. Związki zawodowe mogły więc w pełni korzystać z przyznanych im praw dopiero po 31 grudnia 1984 r. – a więc półtora roku po formalnym „zniesieniu” stanu wojennego.
 
Czy jednak po tej dacie związki zawodowe mogły działać tak jak przed stanem wojennym? Oczywiście, że nie i – co może niektórych zdziwić – tak jest do dziś.
 
Swoboda strajkowania
 
Od 1918 r., kiedy zaczęto znosić pozostawione po zaborcach prawne ograniczenia strajku, aż do stanu wojennego nie można było mówić w Polsce o prawie do strajku. Coś takiego nie istniało.
 
Istniała za to swoboda strajkowania. Strajk był zdarzeniem faktycznym przez prawo niezakazanym i przez nie niereglamentowanym.
 
Czasem było to zdarzenie doniosłe prawnie. Tak było np. w II Rzeczpospolitej. Niepokoje społeczne przejawiające się strajkiem wymuszały prawny obowiązek podjęcia rokowań między pracodawcami, związkami zawodowymi i państwem. Tak przynajmniej wyglądało to na gruncie ustawy o zatargach zbiorowych w rolnictwie z 28 marca 1928 r., czy w Rozporządzeniu Prezydenta Rzeczypospolitej z dnia 27 października 1933 r. o nadzwyczajnych komisjach rozjemczych do załatwiania zatargów zbiorowych (dotyczyło ono pracowników przemysłu i handlu).
 
Strajk więc nie był zakazany, a warunki jego wszczęcia przez robotników nie były w żaden sposób regulowane. Po prostu był on traktowany jako element wolności związkowej.
Czy po 1945 r. coś się zmieniło? Oczywiście, że nie. Nadal strajk był rozumiany jako przejaw wolności chronionej prawnie. Nie oznacza to, że strajków nie rozganiano milicyjną pałką. Metodę tę znała i stosowała też policja z czasów II RP. Chodzi jednak o to, że nie rozganiano ich z tej przyczyny, że uczestnicy strajków korzystają z wolności strajkowania. Szukano zawsze jakiegoś innego powodu. Z tych względów jeden z prokuratorów w poznańskim procesie dziesięciu z 1956 r. mógł powiedzieć: „my nie sądzimy za udział w strajku i manifestacji, ale będziemy sądzić tych, którzy popełniali przestępstwa”.
 
Oczywiście jak słusznie zauważył wówczas obrońca oskarżonych robotników, wybitny polski prawnik, potem represjonowany, Stanisław Hejmowski, oskarżenie nie wykazało, gdzie leży linia graniczna między tymi uczestnikami wydarzeń czerwcowych, którzy popełniali przestępstwa, a tymi, którzy wyrażali swój uzasadniony gniew. Wyrok nigdy nie zapadł. Niemniej jednak pokazuje to dobitnie, iż do grudnia 1981 r. strajkujących nie karano i karać nawet nie próbowano za organizowanie lub udział w strajkach. Pojęcie nielegalnego strajku w języku prawnym czy prawniczym nie istniało. Trzeba było więc wykazać, że przy okazji bądź co bądź legalnego strajku, popełniano jakieś przestępstwa. Jakie? To już należało do (twórczej) inwencji organów ścigania.
 
Co się więc zmieniło, że dziś w języku prawnym i prawniczym istnieje pojęcie „strajku prowadzonego niezgodnie z przepisami ustawy”?
 
Tu przechodzimy do największego chyba dowcipu politycznego w dziejach naszego kraju.
 
Żart ekipy Jaruzelskiego
 
Generał Jaruzelski wraz ze swoją ekipą nie słynie z poczucia humoru. Zachowane fotografie i materiały wideo ukazują go raczej jako osobę sztywną, z mimiką twarzy nijaką, przykrytą wielkimi okularami. Lech Wałęsa ponoć pod tymi okularami dostrzegł kiedyś łzy nad losem ojczyzny, ale Andrzej Gwiazda spieszył zdementować, że to przejaw choroby oczu. Nieważne jak było. W każdym bądź razie Wojciech Jaruzelski nie był osobą rzucającą na prawo i lewo dowcipami. Bywa jednak tak z ludźmi jego pokroju, że jak już zażartują, to żart ich ma skutki dalekosiężne, wręcz dziejowe.
 
Tak się też stało. Jak każdy chyba pamięta, jeden z dwudziestu jeden postulatów strajkujących załóg z sierpnia z 1980 r., a konkretnie postulat drugi, brzmiał: „[wnosimy o:] zagwarantowanie prawa do strajku oraz bezpieczeństwa strajkującym i osobom wspomagającym”. Oczywiście strajki w roku 1980 odbywały się jeszcze w ramach wolności strajkowania. Wolność tym się różni od prawa, iż w pierwszym wypadku porządek prawny co najwyższej ją chroni, ale w nią nie ingeruje. W przypadku „praw” porządek prawny ustala warunki, jakie trzeba spełnić, by z prawa skorzystać. Warunki te mogą stanowić nawet bardzo wysoko ustawioną poprzeczkę. Nie zmienia to jednak faktu, że prawo to przynajmniej potencjalnie pozostaje zapewnione. Jest ono zapewnione nawet wówczas, gdy spełnienie tych warunków jest wręcz nierealne.
Oczywiście robotnikom w sierpniu 1980 r. nie chodziło o ustanowienie w miejsce wolności strajkowania prawa do strajku. Chcieli oni porostu lepszego zabezpieczenia wolności strajkowania.
 
Żart ekipy Jaruzelskiego był więc typowym żartem językowym. Takim „czepianiem się słówka”, a konkretnie chodzi tu o słówko „prawo”. Jak ten dowcip brzmiał? Mniej więcej tak: „robotnicy korzystający dotychczas z wolności strajkowania chcieli prawa do strajku, a więc im to prawo damy, ale nie tak od razu, tylko pod pięcioma warunkami, których realizacja graniczy z cudem”.
 
Warunki te sformułowano w tworzonej i uchwalonej podczas stanu wojennego ustawie o związkach zawodowych. Co to były za warunki? Jak związek zawodowy chce zorganizować strajk, to najpierw musi podjąć rokowania z kierownikiem zakładu pracy (1). Jak ten pierwszy warunek nie doprowadzi do zaniechania strajku, to obowiązkowo wymagane jest postępowanie pojednawcze prowadzone przez sześcioosobową komisję, składającą się z przedstawicieli obu stron (w równej liczbie) (2). Jeżeli i ten drugi warunek nie doprowadzi do porzucenia zamiaru strajkowania, konieczny jest obligatoryjny arbitraż sądowy (3). Jeżeli i ten trzeci warunek nie zapobiegnie strajkowi, konieczne jest przeprowadzanie referendum w zakładzie pracy, w którym musi wziąć udział (rzecz jasna dobrowolnie) co najmniej 50 proc. załogi i większość zgodzić się na strajk w głosowaniu tajnym (4). Jeżeli temu czwartemu warunkowi związkowi zawodowemu udało się jakimś cudem sprostać, to może on ogłosić strajk. Ale… Ale… Tak na wszelki wypadek, jakby kierownictwo zakładu pracy jeszcze się na ten strajk nie zdążyło przygotować (no bo kto by pomyślał, że uda się związkom zawodowym przeprowadzić referendum), to strajk musi być ogłoszony z co najmniej siedmiodniowym wyprzedzeniem! (5).
 
Strajk powinien zaskakiwać
 
Jak wiadomo, strajk jest impulsywną reakcją pracowników na niekorzystne dla nich działania pracodawcy.
 
Decyzja o wyjściu na strajk dla pracowników nigdy nie jest łatwa, gdyż kosztem odejścia od stanowisk pracy rezygnują oni z prawa do wynagrodzenia.
Stąd też strajk nie może trwać wiecznie, bo trzeba przecież jeść. Dla przedsiębiorców strajk jest problematyczny najbardziej wówczas, gdy się oni go nie spodziewają. Długotrwałe postępowanie pojednawcze poprzedzające strajk zwykle powoduje, iż niezadowolenie pracowników naturalnie przygasa. Po kilku albo kilkunastu miesiącach od decyzji o wejściu w spór zbiorowy – a tyle mniej więcej wymaga czasu przejście przez wszystkie etapy koncyliacji przewidzianej ustawą – niezadowolenie już tak przygasa, że na strajk mało jaki pracownik decyduje się wyjść. Z kolei okres koncyliacji przed strajkiem jest zbawienny dla przedsiębiorcy, bo ten ma aż nadto czasu, by przygotować się do strajku (przerzucić produkcję gdzie indziej, lub wynegocjować z kontrahentami dłuższe okresy realizacji zamówień).
 
Tym samym pod pozorem „prawa do strajku” podczas stanu wojennego wprowadzono zakaz realnych strajków. Co się stało z zakazem strajkowania po 1989 r.? Właściwie nic.
Jacek Kuroń jako minister pracy podchodził bardzo roztropnie do spuścizny prawodawczej PRL-u. Uważał, że nie można burzyć tego, co jest, o ile się dobrze tego nie przemyśli. Myślał dużo, ale inicjatywę oddawał innym. Jak wiemy, dał się wykazać np. Balcerowiczowi. Co zaś się tyczy strajku, to Kuroń żywił wówczas przekonanie, że strajk nie może się pracownikom za bardzo opłacać, bo wówczas wszelkie szanse na odbudowę gospodarki zniweczą wielkie fale strajkowe. Jak wiemy, wszystkiego tego Kuroń pod koniec życia żałował. Przysłowie „mądry Polak po szkodzie” dotyczy więc także Polaków bez wątpienia wybitnych.
 
Co jednak zrobiono wówczas? Ustawę o związkach zawodowych z 1982 r. zastąpiono dwiema ustawami z 23 maja 1991 r. Pierwsza, dotycząca związków zawodowych podtrzymywała w nowych warunkach gospodarczych „wypracowany” podczas stanu wojennego
model, oparty o dobrowolną „zakładową organizację związkową”, która nie jest obligatoryjna. Dlatego zakłady pracy mogą funkcjonować bez związków zawodowych i jak wiemy, dziś w sektorze przedsiębiorstw prywatnych (poza rolnictwem) uzwiązkowienie wynosi ok. 4 procent (według danych CBOS z 2021 r.).
 
Druga ustawa z tegoż samego dnia dotyczyła sporów zbiorowych. Powtórzyła ona właściwie wszystkie warunki konieczne dla przeprowadzenia strajku, jakie wynikały z ustawy wprowadzonej podczas stanu wojennego. Zmieniło się naprawdę niewiele. Drugi etap koncyliacji, nadal obligatoryjny, nazwano mediacjami. Zamiast postępowania w ramach komisji złożonej z sześciu osób, teraz mamy po prostu kontynuację rokowań prowadzoną przy udziale bezstronnego mediatora. Arbitraż sądowy także pozostał, ale co jest chyba zmianą najistotniejszą, przestał być obligatoryjny. Referendum strajkowe pozostało, a jedyną zmianą jest to, iż głosowanie w nim nie musi być tajne. Termin wypowiedzenia strajku, po sprostaniu wszystkim poprzedzającym go warunkom, skrócono natomiast z 7 do 5 dni.
 
Podsumowując, obecnie, żeby przystąpić do strajku, trzeba najpierw podjąć rokowania. Jak te nie wystarczą, by zamiaru strajku poniechać, konieczne są mediacje. Jak i te nie wystarczą, konieczne staje się uzyskanie zgody większości pracowników zakładu pracy udzielonej w ramach referendum przy udziale co najmniej połowy wszystkich pracowników zakładu pracy. Należy wiedzieć, że dziś odmiennie niż w 1982 r. prawo nie zna pojęcia „przedsiębiorstwa wielozakładowego” i wszystkie Amazony, Biedronki, czy placówki Poczty Polskiej razem wzięte są traktowane jak wielkie, ogólnokrajowe zakłady pracy. Tym samym przeprowadzenie referendum strajkowego jest trudniejsze niż w PRL-u, ponieważ trzeba przeprowadzić referendum wśród pracowników rozsianych w całej Polsce. Nawet jeżeli i takiemu referendum związkowcy sprostają, nadal obowiązuje ich obowiązek ogłoszenia strajku z odpowiednim wyprzedzeniem. Choć wynosi ono już nie siedem, a jedynie pięć dni.
 
Gdy patrzymy na fale strajków zalewające obecnie Francję, czy inne kraje Europy Zachodniej, podobne do tych, które przed stanem wojennym zalewały Polskę, to widzimy, że żart ekipy Jaruzelskiego się udał. Udał się aż nadto. Ale każdy żart, nawet ten najczarniejszy (a takie lubię najbardziej) w końcu zaczyna się nudzić. Pytam się więc polityków, czy zamierzają oni znieść w końcu restrykcje stanu wojennego dotyczące strajku? Przyczyna tych restrykcji, jeżeli kiedykolwiek istniała, to z pewnością minęła. Jeżeli rosyjskie czołgi miałyby wkroczyć dziś do Polski, to stanowczo nie ze względu na to, że strajkujemy. O zupełnym braku zagrożenia rosyjskim czołgami mówić będzie można z całą pewnością dopiero wtedy, gdy ten rodzaj uzbrojenia wyjdzie z użycia w rosyjskiej armii. Czy do tego czasu mamy nie strajkować? 
 
To nonsens!
Pora więc skończyć z tą fikcją, która stała pierwotnie za tymi restrykcjami i przywrócić wolność strajkowania.



(tekst ukazał sie 17.10.2023 na łamach Tygodnika Spraw Obywatelskich:
https://instytutsprawobywatelskich.pl/pracodawcy-kontra-pracownicy-strajk-czy-dialog/)
Czytaj dalej...

Domagamy się transparentności! apel OZZ IP przy Muzeum Literatury w Warszawie

Apel Komisji Tymczasowej OZZ Inicjatywa Pracownicza przy Muzeum Literatury w Warszawie:
Domagamy się transparentności, dialogu i szacunku dla kompetencji!

 

Muzeum Literatury – czy taki będzie jego koniec?

Ponad 160 pisarek, pisarzy i badaczy oraz wszystkie związki zawodowe działające w Muzeum mówią jednym głosem: dość politycznych nominacji, chcemy merytorycznego zarządzania i powrotu Ministerstwa Kultury jako współorganizatora.

Tymczasem scenariusz wygląda inaczej: konkurs bez wymagań literaturoznawczych, powołanie na stanowisko mimo przegrania pierwszego konkursu, a po drugim konkursie powołanie wbrew zapisom w statucie i umowie pomiędzy organizatorami. Na dokładkę – brak odpowiedzi na pisma pracowników. Jest za to sugestia, że „pracownicy powinni pracować”, a pisarze… cóż, najlepiej milczeć (i zabrać się za pisanie).

Brzmi jak zła satyra, ale to rzeczywistość.

Muzeum Literatury to nie łup polityczny, tylko instytucja o znaczeniu ogólnonarodowym.

Obserwujemy coraz więcej prób zawłaszczania instytucji kultury przez działaczy partyjnych i uciszania pracowników. Czy zgodzilibyśmy się, żeby piłkarzy trenował człowiek nie znający się na piłce? To dlaczego mamy się na coś takiego godzić w kulturze?

Jako Inicjatywa Pracownicza stoimy po stronie pracowników i środowiska literackiego. Domagamy się transparentności, dialogu i szacunku dla kompetencji.

Bo kultury nie tworzą ludzie, którzy stołki dostali od kolegów.

Kultura jest dobrem wspólnym!

 

Komisja Tymczasowa OZZ Inicjatywa Pracownicza
przy Muzeum Literatury w Warszawie

CZYTAJ TEŻ:

Czytaj dalej...

Państwowa Inspekcja Pracy wzmocniona! nowelizacja ustawy podpisana przez Prezydenta

Prezydent podpisał ustawę o wzmocnieniu PIP

02.04.2026 r. prezydent Karol Nawrocki podpisał nowelizację ustawy o Państwowej Inspiekcji Pracy. Choć Prezydent skierował skargę do Trybunału Konstytucyjnego (tzw. kontrola następcza), skarga ta nie wstrzymuje ustawy. Państwowa Inspekcja Pracy zostaje wzmocniona!

Podpisanie ustawy o PIP - przeciwko używaniu umów śmieciowych, kiedy zachodzi stosunek pracy i należy się umowa o pracę - to ważny krok w stronę wzmocnienia ochrony praw pracowniczych. Dziękujemy wszystkim organizacjom związkowym, społecznym oraz osobom, które przyczyniły się do tej zmiany. Presja środowisk biznesowych trwała do ostatniej chwili, jednak wspólnym wysiłkiem udało się ją przełamać.

To kolejny, choć nadal niewystarczający, krok w kierunku większej społecznej kontroli nad praktykami korporacji i pracodawców. Sama ustawa nie rozwiązuje wszystkich problemów i patologii rynku pracy. Wiele zależeć będzie również od praktyki działania inspektorów pracy i od społecznej (naszej) presji na pełne wykorzystywanie dostępnych narzędzi prawnych wobec pracodawców łamiących przepisy. Nowe rozwiązania dają dodatkowe instrumenty, które mogą wzmocnić skuteczność kontroli i poprawić sytuację pracowników.

Wzmocnienie PIP to także dowód, że wspólne działania związków zawodowych i organizacji społecznych przynoszą efekty, nawet wobec silnego lobby przedsiębiorców i części polityków, broniących niestabilnych form zatrudnienia. Dla naszego związku, po doświadczeniach dość dramatycznego przebiegu zwycięskiego strajku w Jeremias, postulat wzmocnienia PIP stał się jednym z kluczowych w ciągu ostatniego półrocza. W oparciu o wzajemną pomoc ponad barwami związkowymi - na polu tego strajku i innych walk - koordynowaliśmy działania z innymi organizacjami wokół wzmocnienia PIP w ramach m.in. tzw. Koordynacji Solidarności i Walk. Solidarna walka - współpraca ponad barwami związkowymi, na poziomie ponadzakładowych, ramię w ramię z organizacjami społecznymi - okazała się skutecznym narzędziem walki. Z tym większą wiarą będziemy ją rozwijać w kolejnych zmaganiach ponadzakładowych. Zachęcamy do tego wszystkie zaprzyjaźnione organizacje.

W wymiarze politycznym ustawa ujawniła wyraźny podział: część środowisk liberalno-biznesowych próbowała ją blokować, podczas, gdy poparcie dla jej przyjęcia płynęło z różnych stron sceny politycznej, pomimo odmiennych ocen jej zakresu. Pokazuje to, że kwestia praw pracowniczych pozostaje jednym z najbardziej wyrazistych pól współczesnego konfliktu społecznego.

Gratulujemy wszystkim, którzy poświęcili czas i energię oraz okazali odwagę, żeby podjąć się wspólnie tej walki. Siła tkwi w jedności związków zawodowych i organizacji społecznych, organizujących się pracowników i pracownic.

Przeczytaj także:

Apel od załogi z fabryki kominów Jeremias zrzeszonej w IP: Prezydencie, podpisz nowelizację ustawy o Państwowej Inspekcji Pracy!

List otwarty do Prezydenta Rzeczypospolitej Polskiej Karola Nawrockiego w sprawie reformy Państwowej Inspekcji Pracy

Nowy projekt reformy PIP - analiza Zespołu Prawnego OZZ IP

Reforma PIP. Czy nowelizację faktycznie należy poprzeć? [Polemika]

Czytaj dalej...

Apel od załogi z fabryki kominów Jeremias zrzeszonej w IP: Prezydencie, podpisz nowelizację ustawy o Państwowej Inspekcji Pracy!

  • Dział: Dokumenty
Apel od załogi z fabryki kominów Jeremias zrzeszonej w IP: Prezydencie, podpisz nowelizację ustawy o Państwowej Inspekcji Pracy!
 
 
Komisja Zakładowa Inicjatywy Pracowniczej w Jeremias zdecydowanie domaga się podpisania nowelizacji ustawy o Państwowej Inspekcji Pracy w walce z umowami śmieciowymi. Polska w 2025 roku pobiła rekord w liczbie zawartych śmieciówek. Takie niszczenie świata pracy cementuje Polskę jako zaplecze taniej siły roboczej. Nie mamy wątpliwości, że premier Donald Tusk chciałby odrzucić tę ustawę rękami prezydenta Karola Nawrockiego.
 
To nie jest ustawa idealna i nie rozwiązuje wszystkich problemów świata pracy. Ale dziś nie ma czasu na ostrożne półsłówka, patrzenie na barwy polityczne czy związkowe. W momencie, gdy ważą się losy tej nowelizacji, potrzebne jest jasne stanowisko: pracownicy potrzebują silniejszej Państwowej Inspekcji Pracy jako narzędzia wzmacniającego własną niezależność.
 
Od lat szefowie wykorzystują umowy cywilnoprawne jako narzędzie wyzysku i kontroli nad załogą. Umowy śmieciowe pozwalają omijać prawo pracy i przerzucać całe ryzyko na pracowników, przez co utrzymują ludzi w permanentnej niepewności. Ich funkcja jest tu także polityczna: mają utrudniać organizowanie się, osłabiać solidarność i blokować rozwój niezależnych związków zawodowych w zakładach pracy.
 
Związkowcy pierwsi tracą umowę śmieciową. To właśnie osoby zatrudnione na umowach cywilnoprawnych są pierwsze do zwolnienia, gdy upominają się o swoje prawa, sprzeciwiają się nadużyciom albo próbują działać wspólnie z innymi. Strach przed utratą dochodu i brak stabilności zatrudnienia są świadomie wykorzystywane przez pracodawców do utrudniania nam organizowania się w związkach zawodowych, dyscyplinowania pojedynczych pracowników i tłumienia oporu.
 
Apelujemy także do sympatyków naszej zakładowej komisji w Jeremias. Dziś nie potrzeba sekciarskich gestów ani podważania sensu tej ustawy tylko dlatego, że nie spełnia wszystkich postulatów świata pracy. Każde osłabianie poparcia dla zmian, które wzmacniają kontrolę pracowników w zakładzie, działa na korzyść szefów. Takie głosy uatwiają dalsze utrzymywanie systemu, w którym pracodawca pozostaje bezkarny, a pracownik ma milczeć.
 
Nie ma naszej zgody na pogłębianie patologii systemu, w którym uśmieciowienie zatrudnienia służy do łamania praw pracowniczych i osłabiania naszej pozycji negocjacyjnej. Ustawa o PIP powinna zostać podpisana przez Prezydenta RP. Apelujemy do innych organizacji zakładowych o pilne wysyłanie apelu do prezydenta o wzmocnienie PIP w walce z umowami śmieciowymi.
Czytaj dalej...

List otwarty do Prezydenta Rzeczypospolitej Polskiej Karola Nawrockiego w sprawie reformy Państwowej Inspekcji Pracy

  • Dział: Dokumenty

List otwarty do Prezydenta Rzeczypospolitej Polskiej Karola Nawrockiego
w sprawie reformy Państwowej Inspekcji Pracy

 

Szanowny Panie Prezydencie!

Dziś to od Pana decyzji zależy, czy miliony pracowników otrzymają bardziej skuteczną ochronę swoich praw. Na Pański podpis czeka nowelizacja ustawy o Państwowej Inspekcji Pracy, wzmacniająca PIP w walce z umowami śmieciowymi. Apelujemy o poparcie ustawy. Taka decyzja wzmocni pozycję ludzi pracy wobec nadużyć i bezprawia w miejscu zatrudnienia.  

Polska pobiła w 2025 roku niechlubny rekord w liczbie zawartych umów śmieciowych. Pogłębianie tej patologii to gwarancja utrzymania roli naszego kraju jako zaplecza taniej siły roboczej w Europie. Środowisko biznesowe poddaje polityków silnej presji na rzecz odrzucenia ustawy wzmacniającej Państwową Inspekcję Pracy w walce z uśmieciowieniem zatrudnienia. Uważamy takie działania za krótkowzroczne i skupione jedynie na prywatnych korzyściach. Obrona i forsowanie umów śmieciowych to regres cywilizacyjny w Polsce.

Wyrażamy oburzenie, że premier Donald Tusk próbował sabotować wprowadzenie ustawy o PIP. Nie mamy wątpliwości, że motywacją premiera do złożenia ustawy na ręce prezydenta nie była troska o ludzi pracy, a jedynie wymóg Unii Europejskiej. Nie mamy wątpliwości, że otoczenie Tuska liczy na odrzucenie ustawy rękami Prezydenta RP. Neoliberalni politycy pragną wykorzystać niechęć prezydenta do polityki UE na swoją korzyść i obciążyć Pana skutkami odrzucenia ustawy o wzmocnieniu Państwowej Inspekcji Pracy.

We własnym interesie i w interesie całego społeczeństwa Prezydent RP nie powinien ulegać presji biznesu. Większość naszego społeczeństwa to ludzie pracy — ci, którzy tworzą wartość gospodarczą kraju i codziennie budują jego rozwój. Oczekujemy, że państwo będzie skutecznie chronić nasze prawa.

Dlatego apelujemy: niech stanie Pan po stronie ludzi pracy i podpisze ustawę, która daje szansę na skuteczniejszą ochronę praw pracowniczych.

Oceniamy, że ustawa o PIP, choć osłabiona pod dużą presją biznesową, której uległ rząd Donalda Tuska, obecnie nadal bezsprzecznie stanowi krok w stronę wzmocnienia ochrony pracowników. Nawet osłabiona ustawa zasługuje dziś na podpis, bo dla milionów pracowników oznacza realną, choć wciąż niewystarczającą poprawę.

Weto dla ustawy o Państwowej Inspekcji Pracy oznacza dalszy nieskrępowany rozwój najgorszych patologii, z którymi mierzymy się w zakładach pracy: nadużywanie umów cywilnoprawnych oznacza wydłużony czas pracy, brak stabilności zatrudnienia, ograniczony dostęp do podstawowych praw socjalnych i brak realnej możliwości organizowania się w związkach zawodowych. To problemy, które dotykają milionów ludzi i mają bezpośredni wpływ na jakość życia naszych bliskich. Reforma Państwowej Inspekcji Pracy nie jest kwestią polityczną — jest kwestią elementarnej sprawiedliwości społecznej.

 

OPZZ Konfederacja Pracy w Handlu: Dino, Kaufland i Biedronka

Związek Zawodowy "Przeróbka"

Zarząd Organizacji Zakładowej w LW Bodanka

Związek Zawodowy MZZP - Zjednoczeni

Komisja Krajowa OZZ Inicjatywa Pracownicza

Czytaj dalej...

Mobilizacja na pochód pierwszomajowy w Warszawie: DOŚĆ ZAKAZU STRAJKÓW!

Przyjedź na demonstrację DOŚĆ ZAKAZU STRAJKÓW! CZAS NA SILNE ZWIĄZKI ZAWODOWE! 1 maja w Warszawie, start o 12:00 spod Sejmu RP (ul. Jana Matejki 1/5). Dokładną trasę przemarszu opublikujemy wkrótce. Zaznacz „Wezmę udział” w wydarzeniu, żeby być na bieżąco.

Zastraszanie, represje i bezwzględna kontrola stały się powszechnie stosowanym sposobem zarządzania pracownikami stosowanym w zakładach pracy w całym kraju. Działalność związkowa bywa dziś traktowana jak przestępstwo. W Polsce walka o lepsze warunki pracy podlega prawnym ograniczeniom nieznanym w całej Unii Europejskiej. Kiedy w innych krajach pracownicy mogą swobodnie strajkować w imie swoich interesów, nasze państwo odbiera nam kluczowe narzędzia tej walki.

Dosyć już obostrzeń ze stanu wojennego wobec pracowników w Polsce! Obecne polskie prawo regulujące spór zbiorowy i strajk jest oparte na restrykcjach jeszcze ze stanu wojennego. Celem przepisów z 1982 było uniemożliwienie prowadzenia strajków oraz rozbicie niezależnych (mniejszych) związków zawodowych. 35 lat temu, w 1991 roku elity solidarnościowe wprowadziły ustawę o rozwiązywaniu sporów zbiorowych. Ustawa podtrzymała większość obostrzeń z okresu dyktatury Jaruzelskiego. To właśnie masowe strajki robotnicze doprowadziły do przemian ustrojowych w Polsce, a mimo to polskie prawo sprawia, że skuteczne organizowanie się wobec wyzysku jest karkołomne. 

Precz z antystrajkową ustawą!

Te antystrajkowe regulacje do dziś utrudniają działalność związkową i delegalizują wystąpienia podobne do tych z sierpnia 1980 roku, w tym strajki solidarnościowe. Przez strukturę przepisów, strajk w danym miejscu pracy stał się zależny od wielu innych procedur - wydłużających i utrudniających procedurę sporu zbiorowego, w trakcie którego szefowie zyskują przewagę i sabotują działania związków.

Dość ciągnących się miesiącami rokowań i mediacji!

Znamy z praktyki wielostopniowe, ciągnące się miesiącami negocjacje z szefami, odbywające się w pierwszych etapach sporów zbiorowych. Realnie te dyskusje rzadko kiedy mają na celu wypracowanie kompromisu w sprawie żądań pracowników. Znacznie częściej stanowią w rękach szefów narzędzie do zastraszania za zamkniętymi drzwiami - z dala od załogi - w celu uderzenia w morale grupy i zniechęcenia ich do walki o swoje prawa.

Znieść wymóg referendum strajkowego!

Kolejnym kagańcem jest wymóg referendum strajkowego, w którym musi wziąć udział co najmniej 50% załogi. Gdyby analogiczny wymóg zastosować wobec władz kraju, połowa rządów w III RP byłaby nielegalna, bo w co drugich wyborach do sejmu frekwencja nie przekroczyła progu 50% frekwencji. Antyzwiązkowe polskie prawo nakazuje przeprowadzić takie referendum wśród wszystkich pracowników danej firmy, nawet jeśli są rozproszeni po placówkach w całej Polsce, co skutkuje tym, że jest to niemal niemożliwe kryterium do spełnienia w firmach takich jak Dino, Kaufland czy Amazon. W praktyce - w przypadku dużych korporacji - oznacza to, że państwo po prostu zakazuje pracownikom strajku przez niemożliwe do spełnienia kryteria.

Polscy i zagraniczni biznesmeni bogacą się na naszych represjach związkowych i zakazie strajku. Przez ograniczenia prawne mamy gorsze warunki pracy niż w innych europejskich krajach. Ta ustawa sprowadza Polskę do roli zaplecza zachodu, a nas do zasobu - taniej siły roboczej - co odbiera nam podmiotowość i godność. Kolejne rządy wycierają sobie gęby legendą Solidarności, ale w rzeczywistości boją się zjednoczonych pracowników bardziej niż dyktatury. Dlatego to my sami – niezależne związki zawodowe, stowarzyszenia lokatorskie i organizacje społeczne – musimy wywalczyć na nowo swoje wolności związkowe i ZNIEŚĆ ZAKAZ STRAJKÓW W POLSCE!

Setki zjednoczonych pracowników z różnych branż łączą siły, aby odzyskać strajk, najważniejsze narzędzie walki o nasze prawa, dlatego dołącz do nas! Przyjedź na pochód pierwszomajowy w Warszawie, start o 12:00 spod Sejmu. Po demonstracji zapraszamy na grill — integracja jest nieodzownym narzędziem budowania silnego ruchu pracowniczego.

Do zobaczenia w stolicy w samo południe!

Czytaj dalej...

W obronie autonomii serbskiej akademii: list solidarnościowy Koordynacji Branży Nauki i Edukacji Inicjatywy Pracowniczej

  • Dział: Zagranica

Przez ostatnie półtora roku z narastającą troską i niepokojem obserwujemy proces, w którym uniwersytety w Serbii poddawane są coraz silniejszej i bardziej bezwzględnej presji politycznej. Jako komisje akademickie Inicjatywy Pracowniczej zjednoczone w Koordynacji Branży „Nauki i Edukacji” chcemy wyrazić pełną solidarność ze studentami i pracownikami zaangażowanymi w walkę o niezależność instytucji, która powinna pozostawać miejscem wolnym od nacisków władzy i arbitralnej ingerencji autorytarnego aparatu władzy.

W Serbii autonomia akademicka jest atakowana przy użyciu bezpośrednich środków przymusu i przemocy. Wejście policji kryminalnej bez uprzedzenia i wielogodzinna obecność funkcjonariuszy, zabezpieczanie sprzętu – władza przypomina, że przy pomocy policji i służb zdolna jest wkroczyć w każdą przestrzeń, zawiesić dotychczasowy porządek, pozbawić ochrony prawnej każdego; obecność mediów prorządowych, które transmitowały działania policji na żywo, to nie „zwykła” interwencja, ale publiczny pokaz siły – jednocześnie próba zdyskredytowania środowiska serbskiej akademii.

Jak mówił w swoim przemówieniu do osób zgromadzonych 31 marca na proteście pod siedzibą Uniwersytetu w Belgradzie jego rektor, Vladan Đokić:

Nie przyszli, by prowadzić śledztwo. Przyszli, by upokorzyć. Przyszli, by powiedzieć każdemu profesorowi, każdemu studentowi, każdemu obywatelowi: zobaczcie, co spotyka tych, którzy nie milczą. (…) Podczas gdy policja wchodziła jednymi drzwiami – studenci przychodzili innymi. Tysiącami. Spontanicznie. Bez wezwania partii, bez organizacji, bez autobusów. Przyszli, bo wiedzą, co się dzieje. Przyszli, bo to jest ich uniwersytet. Przyszli, bo się nie boją. I to właśnie jest prawdziwy obraz dzisiejszego dnia. Nie policja w Rektoracie, lecz studenci przed nim. (…) Szesnaście osób zginęło w Nowym Sadzie. Nikt nie został pociągnięty do odpowiedzialności. Nikt nie został odwołany. Żadne urządzenia nie zostały zabezpieczone. Żadne biura nie zostały przeszukane. Ale kiedy rektor staje po stronie studentów – wtedy pojawia się policja. To mówi wam wszystko, co trzeba wiedzieć o tej władzy. Nie boją się przestępczości. Boją się edukacji.

Zarówno pokaz policyjnej siły, jak i protesty środowiska akademii mają miejsce w cieniu tragicznej śmierci studentki. Okoliczności zdarzenia, do którego doszło 26 marca b.r., pozostają przedmiotem śledztwa, Uniwersytet od samego początku deklarował zaś pełną gotowość do współpracy z organami ścigania. Tym większy niepokój budzi, że podejmowane działania mogą wykraczać poza niezbędne ramy postępowania wyjaśniającego i służyć wywieraniu presji na instytucję pozostającą poza kontrolą aparatu państwa.

Jednocześnie sytuacja wpisuje się w szerszy kontekst polityczny: w ostatnich dniach odbyły się wybory lokalne w wybranych gminach, którym towarzyszyły liczne doniesienia o przypadkach przemocy, gróźb i zastraszania wyborców przy całkowitej bierności organów porządkowych. W tym świetle działania podejmowane wobec środowiska akademickiego mogą być postrzegane jako element utrwalonego już wzorca, w którym dochodzi do systematycznego naruszania standardów demokratycznych oraz instrumentalnego wykorzystywania instytucji państwowych.

Wobec powyższego pragniemy wyrazić pełną solidarność z Uniwersytetem w Belgradzie, ze wszystkimi członkami wspólnoty akademickiej, a zarazem podkreślić nasz głęboki podziw dla ich odwagi i determinacji do walki z władzą – systemem, który godzi w autonomię instytucji, którą współtworzą, i fundamenty życia akademickiego jako takiego.

Wzywamy władze Republiki Serbii do zaprzestania działań podważających niezależność uniwersytetów, do poszanowania wolności akademickiej oraz do zapewnienia przejrzystego, rzetelnego i niezależnego śledztwa w sprawie tragicznej śmierci studentki. Uniwersytety muszą pozostać przestrzeniami wolnymi od politycznego przymusu i ingerencji. Wszelkie próby jego podporządkowania stanowią zagrożenie dla całego porządku demokratycznego.

W pełni popieramy list otwarty, który organizacje związkowe działające na uniwersytetach w Serbii przygotowały w odpowiedzi na opisane wyżej wydarzenia (tłum. Magdalena Sztandara):

My, niżej podpisane organizacje związkowe reprezentujące dziesięć wydziałów uniwersytetów w Nowym Sadzie, Belgradzie i Niszu, ostro potępiamy wczorajsze wtargnięcie funkcjonariuszy policji kryminalnej do siedziby Rektoratu Uniwersytetu w Belgradzie. Ten akt stanowi bezpośredni atak na autonomię uniwersytetu, która jest zagwarantowana Konstytucją oraz obowiązującym ustawodawstwem Republiki Serbii.

Uważamy, że każde działanie organów państwowych odnoszące się do instytucji szkolnictwa wyższego powinno być podejmowane z pełnym poszanowaniem konstytucyjnie zagwarantowanej autonomii uniwersytetu, wolności akademickich oraz godności społeczności akademickiej.

Uniwersytet jest jedną z fundamentalnych instytucji życia społecznego. Jego niezależność oraz niezakłócone funkcjonowanie muszą być chronione przed wszelkimi formami nacisku, w tym również przed działaniami, które mogą być interpretowane jako demonstracja siły.

Zwracamy szczególną uwagę, że tego typu interwencje, zwłaszcza przy niejasnym lub wątpliwym uzasadnieniu, mogą prowadzić do naruszenia zaufania pomiędzy środowiskiem akademickim a innymi instytucjami państwowymi, a także do wytwarzania atmosfery niepewności wśród pracowników i studentów. Jesteśmy przekonani, że wszelkie kwestie dotyczące funkcjonowania uniwersytetu powinny być rozwiązywane w drodze dialogu instytucjonalnego, z poszanowaniem obowiązujących procedur oraz zasad prawa.

Opowiadamy się za konsekwentnym przestrzeganiem autonomii uniwersytetu, wolności akademickich oraz praw pracowniczych jako fundamentalnych wartości, na których opiera się współczesne społeczeństwo demokratyczne.

Autonomia uniwersytetu nie jest przywilejem profesorów, lecz jednym z filarów demokratycznego społeczeństwa. Związki zawodowe będą konsekwentnie sprzeciwiać się wszelkim formom nacisku oraz bronić interesów pracowników i całej społeczności akademickiej, wykorzystując do tego wszelkie dostępne środki.

Sygnatariusze:
Związek Zawodowy Wydziału Sztuki Muzycznej – SFAMU
Związek Zawodowy Wydziału Sztuk Stosowanych w Belgradzie – koLEKtiv FPU
Związek Zawodowy Wydziału Sztuk Dramatycznych Uniwersytetu Sztuk w Belgradzie
Związek Zawodowy Pracowników Wydziału Filozoficznego w Belgradzie
Niezależny Związek Zawodowy Wydziału Sztuk w Niszu
Związek Zawodowy Wydziału Nauk Technicznych w Nowym Sadzie
Związek Zawodowy Wydziału Matematyczno-Przyrodniczego w Nowym Sadzie „SIGMA”
Niezależny Związek Zawodowy Wydziału Filozoficznego w Nowym Sadzie
Niezależny Związek Zawodowy Wydziału Technologicznego w Nowym Sadzie
Organizacja Związkowa Wydziału Pedagogicznego w Somborze

 

 

Opracowanie:

Magdalena Sztandara
(Komisja Międzyzakładowa przy Uniwersytecie Jagiellońskim)

Jan Skarbek-Kazanecki
(Łódzka Komisja Akademicka)

Czytaj dalej...
Subskrybuj to źródło RSS

OZZ Inicjatywa Pracownicza
Komisja Krajowa

ul. Kościelna 4/1a, 60-538 Poznań
514-252-205
Ten adres pocztowy jest chroniony przed spamowaniem. Aby go zobaczyć, konieczne jest włączenie w przeglądarce obsługi JavaScript.
REGON: 634611023
NIP: 779-22-38-665

Przystąp do związku

Czy związki zawodowe kojarzą ci się tylko z wielkimi, biurokratycznymi centralami i „etatowymi działaczami”, którzy wchodzą w układy z pracodawcami oraz elitami politycznymi? Nie musi tak być! OZZIP jest związkiem zawodowym, który powstał, aby stworzyć inny model działalności związkowej.

tel. kontaktowy: 514-252-205
e-mail: Ten adres pocztowy jest chroniony przed spamowaniem. Aby go zobaczyć, konieczne jest włączenie w przeglądarce obsługi JavaScript.

Kontakt dla prasy

tel. kontaktowy: 501 303 351
Ten adres pocztowy jest chroniony przed spamowaniem. Aby go zobaczyć, konieczne jest włączenie w przeglądarce obsługi JavaScript.

In english

Ten adres pocztowy jest chroniony przed spamowaniem. Aby go zobaczyć, konieczne jest włączenie w przeglądarce obsługi JavaScript.